• text alternatywny

    Nowy Kotwicz położony jest u ujścia rzeki Mirii do morza. Miasto leży u wrót zatoki, po jej przeciwnej stronie względem Grodziska. Z tego powodu stanowi ważny port morski i od wieków jest idealnym miejscem do rozwoju rybołówstwa i żeglugi. Teren miejscowości jest w całości nizinny, a czyste, pokryte piaskiem plaże zachęcają do wypoczynku. Zrozumiałe jest, że Nowy Kotwicz to największy kurort turystyczny w całym kraju. Pewien odcinek wybrzeża ma też charakter zbliżony do klifowego. Od strony lądu miasto otoczone jest przez pola uprawne i lasy.


  • text alternatywny

    Ambroży usiadł przy stole, przy którym siedziała już jego rodzina. Jego już głucha matka, kochana żona, siostra i dwie córki. Na ścianie wisiała znana im bardzo dobrze czerwono-błękitno-biała flaga Księstwa Sarmacji. Po krótkiej, lecz poważnej modlitwie do Diuka-Regenta, by zakończył ich męki i uwolnił ich od Sclavińskiego okupanta Mirii, zaczęli jeść.

    Padał deszcz, co było częste w Nowym Kotwiczu. Żona Gustawa spytała się jej męża, czy smakują mu ziemniaczki. Ambroży odparł, że lepszych nigdy nie zrobiła, pomimo że je przegotowała. Ale nie ożenił ją by dobrze mu gotowała. Pomimo że dumni chłopcy Sclavinii patrolowali ulice, a sarmackie dzieci były resocjalizowane w obozach gdzieś ukrytych głęboko albo w Skytji albo w Granii, to kolaborantom takim jak rodzina Ambrożego Okowczyk dobrze się żyło.

    Może prawdą jest, że doniósł na swojego sąsiada który wywieszał pro-sarmackie ulotki, ale ten sam sąsiad trzy dni temu nie oddał mu pół kilo mąki. Mąki! Jebany, mógł zwrócić ją rankiem, kiedy Okowczyk już go ostrzegł, ale skubany powiedział że nie ma jak jej zwrócić. Pomimo, że nie było to bardzo moralne by wysłać swojego znajomego na śmierć, to zwróciło się Okowczykowi kiedy jego córka dostała stypendium by pójść na studia z medycy, pomimo że Okowczyk nie miał takich pieniędzy. Bardzo dobrze się żyło kolaborantą.

    Kiedy jednak Ambroży dorzucił sobie dokładki kotleta grodziskiego, usłyszał że ktoś zapukał do drzwi. Zdenerwowany, że jego obiad został zakłócony, postanowił zignorować pukanie. Jednak dalej, i dalej, i dalej pukano. Mężczyzna w końcu wstał, i w chwili kiedy miał otworzyć drzwi zostały one wyważone i złamały mu nos.

    "Co do..." Został kopnięty w bok przez żołnierza z błękitną opaską Komanda Kontrrewolucyjnego. Żona krzyknęła o pomoc, głucha staruszka kontynuowała obiad, a siostry schowały się pod stołem. Sierżant spojrzał się na Gustawę. "Mam użyć siły, czy sami wyjdziecie na dwór?" Wystraszona kobieta nic nie odpowiedziała. "Dobrze, możemy zrobić to w taki sposób." Sierżant znów kopnął Ambrożego, łamiąc mu żebro. "Ruszać się!" Żona w końcu chwyciła dzieci spod stołu, i wzięła matkę za ramię, i opuściła dom na prośbę sierżanta.

    Komandos, obserwowany przez pobitego sarmatę podszedł do wiszącej na ścianie flagi. "Nawet się z tym nie kryją. Banda śmierdzących gnomów." Inni żołnierze zaśmiali się, a sierżant rozerwał flagę na strzępy. Dumny Ambroży nie mógł już tego tolerować. Cudem się podniósł z podłogi. "Co, chcesz rundę drugą?" Chrypną żołnierz. Sarmata rzucił się na niego z pięściami, które Komando z łatwością ominą, a Ambroży upadł na swój głupi ryj.
    "Co za głupi idiota." Usłyszał ostatnie słowa Ambroży przed tym, jak otrzymał mocnego kopa w głowę, i zapadła ciemność.


    Sarmatę obudziło klepnięcie w policzek. Dla jakiegoś powodu, klęczał na klifie. Przed sobą miał piękną zatokę grodziską, a samo miasto ledwo stąd było widać.
    Przed nim stała figura odziana w biel.

    "Czy ja... diuku?"

    Mężczyzna się obrócił. Była to zimna twarz Polemarchy Kontrrewolucji którą znał z plakatów, odziany w mundur galowy.
    "Nawet nie jestem Knappe, a ty nazywasz mnie Erzherzog?" Było wiadome, że Polemarcha pochodził z Teutonii, lecz jego akcent robił sytuację jeszcze bardziej surrealistyczną, nawet jeśli był to akcent miastowych loardów.

    "Wiecie wszyscy dlaczego tu jesteście. Jesteście kolaborantami, którzy mieli pozwolenie by przeżyć za cenę wydania swoich braci w ręce Ostatecznej Krucjaty. PRZYWÓDCA by was wynagrodził, gdyby nie to że walczy właśnie gdzie indziej." Polemarcha Saerucaeg się zaśmiał. "Jednak pomysł by pozwolić wam, kolaborantom przeżyć nie był mój. Należał on do wodza ANDRONIKA, ale ten odszedł na chwilową emeryturę. Wiecie co to oznacza? Że jesteście na moją łaskę. A że wypiłem już trzecią butelkę Morvańskiej whisky, a wszystkie pozostałe tabletki połknąłem przed końcem dru... pierwszej butelki, to żadnej łaski nie dostaniecie."

    Ambroży spodziewał się teraz strzałów. Że jego córki, żona i matka i on sam zostaną brutalnie rozstrzelane karabinem produkcji Siedmiogradzkiej. Jednak poczuł tylko lekkie pchnięcie, wystarczające by związany człowiek upadł na ziemie. Jednak Ambroży nie dotknął ziemi, nie od razu. Znalazł się w locie - został zepchnięty z klifu. A to wszystko tylko dlatego że chciał zagwarantować przyszłość dla swojej rodziny. Jego ostatnią myślą było, jak chujowym kucharzem jest jego żona.

    "Muzyka dla moich uszu." Rzekł Cillian, po usłyszeniu dźwięku dwudziestu kręgosłupów łamiących się na raz. "Zrobiłem coś strasznego, ale imię gubernatora pozostanie nieskalane." Polemarcha skończył czwartą butelkę, i rzucił nią w dół, w stronę ciał. "Kurwa, życie jest zajebiste."