Jestem
Posty napisane przez VAT
-
RE: Dworek Arlety [Gra Fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Phoebus przyglądał się śladom. 'Otworzyła komuś, a gdy zrozumiała, że jest w niebezpieczeństwie, uciekła do salonu, a stamtąd do jadalni, gdzie finalnie ją dopadli. Do kogo należą ślady traperów i półbutów? Co zrobiło tą dziurę w witrynie? To nie był napad rabunkowy, nie zabrali kosztowności. Musiało chodzić wyłącznie o dziewczynę.' - analizował w myślach. Sporo pytań kołatało mu się w głowie i irytowało go, że nie zna na nie odpowiedzi.
W tym momencie weszli Alfred z Colonelem. Phoebus westchnął, aż do tego momentu miał bowiem cichą nadzieję, że jego 'kolegę' diabli wzięli i nie będzie musiał dalej patrzeć na jego tępy ryj. Skoro jednak tak się nie stało i troglodyta powrócił, Glyver uznał, że skorzysta z jego 'doświadczenia'.
-- Dobrze, że jesteś...partnerze... Skoro przyszedłeś, mógłbyś spojrzeć na tą przewróconą witrynkę? Nie wiesz co mogło zrobić taką dziurę? Rozejrzyj się zresztą, jest sporo śladów, może trafisz na coś ciekawego - powiedział Phoebus do Chwasta, po czym zwrócił się do Alfreda:
-- Nie wiesz do kogo mogą należeć te odciski? - Glyver wskazał na ślady półbutów i traperów - Czy Pani Burmistrz miała jakiegoś bol... To znaczy, czy była w związku? Miała kogoś?
-- Zawołaj też proszę tę całą Alinkę. Chcę z nią zamienić kilka słów... na osobności.... - Phoebus uśmiechnął wymawiając ostatnie słowa, nie wiadomo, czy do lokaja, czy bardziej do siebie...
-
RE: Dworek Arlety [Gra Fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Haczyk połknięty. Stary poczuł się połechtany słowami Phoebusa i jadł mu z ręki, bazgrając w notesiku plan dworku. Gdy zaznaczył sypialnię Arlety, Glyver już wiedział, że to będzie udany dzień. 'Miszon ekomplisz, kurwa' - pomyślał.
Alfred opowiadał jeszcze coś o wydarzeniach tego dnia, ale on był już myślami zupełnie gdzie indziej. W trakcie rozmyślań o nadchodzących przyjemnościach słyszał tylko pojedyncze słowa lokaja 'Alinka...', 'puszczalska dziwka...'
'Ta Allinka, Allinka, Allinka maja, dwa tysiące godzinka Allinka twaja' zanucił w głowie Phoebus i pomyślał, że musi przy najbliższej sposobności poznać bliżej tą dziewczynę i sprawdzić, czy naprawdę jest taka donośna przy bliższym poznaniu, jak twierdzi Alfred...
Potem staruch jeszcze coś mówił, gestykulował, rozrzewniał się i emanował żałosnym patosem, do tego stopnia, że Phoebusa zaczęło już irytować to zupełnie gówno-go-obchodzące gadulstwo. Podszedł więc do Alfreda i z wyrazem uznania na twarzy poklepał go po plecach. Potem zamierzał kulturalnie powiedzieć służącemu, że jego opowieści naprawdę chwytają za serce, ale żeby już spierdalał. Na szczęście jednak, w tym właśnie momencie rozległ się kobiecy krzyk. Techno-Dżak przejął się tym odgłosem i sobie poszedł. Phoebus powiedział mu jeszcze na odchodne, że bardzo ceni kombatantów i nie dziwi się, że 'Pani Burmistrz mówi o nim tak pochlebnie' po czym odprowadził lokaja wzrokiem.
Gdy Alfred zniknął za drzwiami, Glyver rzucił okiem na plan dworku. Sypialnia Pani Arlety, pierwsze piętro. Poszedł prosto tam. Wszedł do jej pokoju i zobaczył typowo dziewczęcą przestrzeń. Tapeta w drobne jasnoróżowe kwiaty, białe meble, szerokie łóżko z dużą ilością poduszek.
Podszedł do tego łóżka. Przeciągnął dłonią po miękkiej pościeli. Wziął głęboki wdech. Chciał Ją poczuć - Jej pozostałości, Jej ślad. Wciągnął powietrze przez zęby, niespiesznie, sycząc przy tym doniosłe. Rozsmakował się, miało wyraźny słodko-mleczny posmak. Położył się na łóżku, twarzą do poduszek i zaciągnął się po raz wtóry. Teraz poczuł Ją wyraźnie. Zapach Jej skóry i zapach Jej włosów. Zapach snu. Zapach nagości. Zapach wszystkich wydzielin Jej ciała. Jej zapach. Odwrócił się na plecy, odchylił głowę do tyłu, a jego ręka powędrowała w kierunku rozporka...
Po pięciu minutach wyszedł z pokoju Arlety. Miał ze sobą małą pamiątkę, czarną pończochę, którą znalazł w komodzie z bielizną. Wepchnął ją do kieszeni i był pewny, że będzie wracał do wspomnień z tego pokoju...
Wrócił do salonu. Należało zając się sprawą. Phoebus przeszukał pomieszczenie w poszukiwaniu jakichkolwiek pozostałości po napastnikach. Przyjrzał się śladom błota i odciskom butów pozostawionym na podłodze i meblach, które zresztą również dokładnie obejrzał, przeszukując wszelkie szuflady i szafki. Potem wrócił do holu. Staruch mówił, że to właśnie tu zobaczył dzikusów ganiających gospodynię dworku. Przykucnął i zaczął rozglądać się za czymkolwiek, co mogłoby wydać się interesujące. Jedno było pewne - sądząc po rozgardiaszu, gdy stary odwalił kitę, a Alinka była chuj wie gdzie, musiało tu być naprawdę wesoło.
-
RE: Uroczystość nadania lenn i tytułównapisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
@hans-von-krieg 'Synu, dokładnie rzecz ujmując, to nazwisko odziedziczysz po mnie, a w zasadzie, to po Twoim dziadku, Auguście' - szepnął Ingvar Hansowi do ucha. Brew mu się przy tym uniosła, choć z twarzy nie schodził wyuczony uśmiech.
-
RE: Dworek Arlety [Gra Fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Phoebus rozejrzał się po salonie. Z tego co zobaczył do tej pory, wchodząc do domu Arlety von Baumhoff, jasno wynikało, że napastnik lub napastnicy byli silni...i raczej niezbyt inteligentni. Zdołali wywarzyć solidne drzwi, a tego nie zrobi przecież byle chuchro, z drugiej strony, no właśnie, woleli frontalny atak i brutalną siłę niż jakiegoś rodzaju podstęp i ciche wejście do środka. Gdyby to o niego chodziło, postąpiłby inaczej. Zaczaiłby się gdzieś na posesji, może nawet wszedł na drzewo, i cierpliwie czekał, wypatrywał. Zlokalizowałby sypialnię tej ślicznotki, zobaczył jakie ma zwyczaje, jak sypia i którejś ciepłej nocy, gdy cały dom byłby pogrążony w głębokim śnie, wślizgnąłby się cichutko do środka, delikatnie odsunął jej kołdrę i ...
Glyver aż syknął myśląc o tej wizji, mimochodem mrużąc oczy i przygryzając dolną wargę.
Tak, subtelne rozwiązania zawsze są lepsze, ale trzeba mieć trochę oleju w głowie. Ci tutaj, go raczej nie mieli. Nie dosyć, że woleli wejść do środka na pełnej kurwie i zapewne narobić przy tym nie lada rabanu, to jeszcze w ogóle nie opracowali planu jak sprawnie i bez niepotrzebnej szarpaniny, schwytać panią burmistrz. Zadeptana podłoga, brudna sofa, powywracane fotele i stolik, porozbijane szkło... Phoebus przymknął oczy i sztachnął się dusznym powietrzem, typowym dla długo zamkniętych pomieszczeń, z wyraźnie wyczuwalnymi nutami ziemi z rozbitych doniczek i kurzu unoszącego się w powietrzu. Wyobraził sobie Arletę von Baumhoff w tej nierównej walce - uciekającą po całym salonie, rzucającą w napastników tym, co akurat miała pod ręką, wywracającą sprzęty próbując zrobić w nich prowizoryczne barykady, które choć trochę pomogą zatrzymać oprawców i dadzą jej czas i nadzieję na jakiś cudowny ratunek. Oczami wyobraźni zobaczył też porywaczy, którzy niewzruszeni, z brutalną siłą, prą przed siebie, osaczając kobietę tak, jak wielki głodny lew osacza gazelę. Zobaczył ludzi prostych, nie dbających o finezję, ani nie przejmujących się drobnymi trudnościami, jak stojące na ich drodze meble. Nacierających niczym taran, przewracających przeszkody, wskakujących brudnymi buciorami na sofę, święcie przekonani, że łatwiej będzie im ją przeskoczyć niż obejść.
Otworzył oczy. Był ciekawy, czy salon stanowił jedyną sceną tego dramatu. Może akcja przeniosła się gdzieś dalej? Musi to koniecznie sprawdzić.
Musi też zrobić jeszcze jedną rzecz, zupełnie niezwiązaną z zadaniem. Pewna myśl kiełkowała mu w głowie, odkąd zobaczył ten czarujący dworek i uświadomił sobie, że mieszkała tu owa delikatna ślicznotka o różowych cycuszkach, którą widział na zdjęciu. Otóż odnajdzie jej sypialnię, położy się w jej łóżku, by poczuć zapach tej kobiety i weźmie sobie na pamiątkę jakieś należące do niej fanty. Najlepiej koronkowe i noszone.
Tymczasem, przypominał sobie, że przecież nie jest tutaj sam. Był z nim Alfred, stary lokaj, który mógł mieć jakąś cenną wiedzę - zarówno o tamtych tragicznych wydarzeniach jak i o ogólnie o Arlecie. Musi z nim koniecznie porozmawiać, ale to potem. Najpierw... - westchnął - pierdolony Colonel Chwast... Nie miał pojęcia co się stało z tym tępym osiłkiem i Wanda mu świadkiem, że gdyby okazało się nagle, że ten wpadł pod samochód albo złamał sobie kark skacząc przez ogrodzenie, byłaby to bardzo dobra informacja. Niestety Glyver nie mógł pozwolić sobie na niepewność w tym zakresie, a już na pewno na to, żeby ten dureń z ilorazem inteligencji rozwielitki chodził samopas...o ile oczywiście jeszcze żył i był gdzieś w pobliżu...
Spojrzał na Alfreda, uśmiechając się do starca serdecznie:
-- Dziękuję, że mnie Pan tu przyprowadził. Widać, że był... jest Pan bardzo związany z Panią Burmistrz. Mówiąc szczerze, ona również ciepło się o Panu wyraża i bardzo zależało jej, żeby upewnić Pana, że jest cała i zdrowa. Nie chciała żeby się Pan martwił. Daję słowo, że niedługo się zobaczycie. Teraz jednak musi mi Pan pomóc.
Popatrzył na Techno-Dżeka, upewniając się, że jego oczy wyglądają rozumnie. To co zobaczył, usatysfakcjonowało go. Bez wątpienia lokaj słuchał uważnie, co się do niego mówi.
-- Po pierwsze, tak jak powiedziałem przy bramie, muszę zabrać trochę rzeczy osobistych Pani Burmistrz. Prosiła o to, bo tam gdzie się obecnie ukrywa, nie ma z sobą dosłownie nic. Dodatkowo, na potrzeby prowadzonego śledztwa, chciałbym się rozejrzeć po domu. Proszę więc powiedzieć ze szczegółami, jak wygląda rozkład dworku. Tutaj mamy salon, to już wiem. Byłbym jednak bardzo wdzięczny, gdyby był Pan tak łaskaw i wytłumaczył, gdzie znajdują się inne pomieszczenia - kuchnia, jadalnia, łazienka oraz sypialnia Pani Burmistrz. Proszę być tak precyzyjnym, jak Pan tylko potrafi. Jeśli ma Pan przy sobie, albo znajdzie gdzieś tutaj, kartkę i coś do pisania, najlepiej by było, gdyby mi to Pan rozrysował.
Uśmiechnął się do staruszka ciepło.
-- Będę chciał z Panem porozmawiać o tym co się tutaj wydarzyło i o Pan Burmistrz ogólnie. Wie Pan, rutynowe rozpytanie. Ale to później, jeśli Pan pozwoli. Teraz mam inną, delikatną ale jakże ważną sprawę. - zerknął na staruszka, upewniając się, że ten dalej słucha - Widzi Pan, nie przyszedłem tu sam. Razem ze mną był mój... kolega... agent Colonel Chwast. To dosyć niezręczne co teraz powiem, jednak chcę być z Panem zupełnie szczery. Chwast jest weteranem wojennym. Walczył w powstaniu marcowym przeciwko Bialenii, potem na Awarze, w czasach, gdy Teutonia była jeszcze częścią Sarmacji... - przybliżył się do starca i wyszeptał mu do ucha - Rozumie Pan, siły specjalne, tajne misje, bestialstwo i brak skrupułów typowe dla sarmackiego wojska. Podobno puścił z dymem niejedną wioskę... pełną starców, kobiet i dzieci... Tak między nami - Glyver odsunął się od ucha Alfreda i z kamienną twarzą puścił mu porozumiewawcze spojrzenie - wyjątkowo odrażający typ. W końcu jednak został złapany przez scholandzkie wojsko. Był więziony przez wiele miesięcy, a przy okazji, jak sam Pan się pewnie domyśla, wymyślnie torturowany. - Phoebus westchnął, kiwając głową - Dzień w dzień: prąd, obcęgi, gorące żelazo, jadowite skorpiony. - Glyver tym razem pokręcił głową, chcąc całym sobą zamanifestować, jak straszne katusze były udziałem jego kolegi - Zgotowano mu prawdziwe piekło na ziemi, choć oczywiście, biorąc pod uwagę czego się wcześniej dopuszczał, ktoś mógłby powiedzieć, że zasłużył... - Pauza. Phoebus musiał mieć pewność, że dziadek zwizualizuje sobie grozę tej sytuacji i zacznie choć trochę empatyzować z bohaterem opowieści - W każdym razie, wreszcie go odbili i wrócił do Teutonii. To dobry żołnierz, więc przyjęto go do służby u Jej Cesarskiej Mości. Dlaczego jednak mówię o tym wszystkim Panu? Otóż naturalnym jest, że tak traumatyczne wydarzenia nie pozostały obojętne dla jego psychiki. Mówiąc wprost, zupełnie mu odbiło. To szajbus, głęboko zaburzony wrak człowieka cierpiący na ciężki przypadek PTSD. Nie do końca panuje nad swoimi słowami i zachowaniami. Często odlatuje w jakieś chore wizje, psychozy... i tak niestety było i tym razem, gdy przyjechaliśmy pod dworek. Prosiłem go żeby poszedł ze mną, ale za nic w świecie nie chciał, bojąc się tłumów, które zgromadziły się przed bramą. Majaczył coś o zakradaniu się i przeskakiwaniu przez bramę. Wie Pan, on dalej myśli, że jest na wojnie i każdy chce go skrzywdzić. On nigdy nie przestał walczyć...
Phoebus zrobił zbolałą minę:
-- Wiem doskonale, że taki człowiek jak Chwast nie powinien nigdy być dopuszczony do służby. Że jest niebezpieczny i stanowi zagrożenie, zarówno dla siebie i innych. Jest mi go jednak strasznie żal. Poza tym, nie ja podjąłem decyzję o wysłaniu go tutaj nie - Glyver rozłożył ręce w geście bezradności - a moim zadaniem, jako wiernego sługi Cesarzowej, nie jest kwestionowanie decyzji przełożonych, tylko karne wykonywanie poleceń... Pan, jako lokaj, doskonale to przecież rozumie. Oba żyjemy żeby służyć...
Tak, to był najwyższy czas na finał:
-- Czy mógłby Pan, Panie Alfredzie, rozejrzeć się po okolicy i sprawdzić, czy mojego kolegi nigdzie tu nie ma? Czy nie wpakował się w jakieś kłopoty? Może wciąż stoi tam, gdzie go zostawiłem, około 100 metrów od bramy wejściowej. Wtedy najlepiej by było, gdyby tam został i czekał na mnie. Obawiam się jednak, że mógł przyjść mu do głowy jakiś szaleńczy plan. Jeśli tak się stało, proszę dopilnować, żeby nikt nie zrobił mu krzywdy, w każdym razie, nie za dużej... Może go Pan go tutaj przyprowadzić, albo unieszkodliwić, zostawiam to Panu... Aha, jeszcze jedno, gdyby opowiadał jakieś głupoty... - Phoebus popatrzył na Alfreda ze zbolałym uśmiechem wymalowanym na twarzy, po czym wykonał charakterystyczny gest kreśląc w powietrzu, palcem wskazującym prawej dłoni, ciasne okręgi kilka centymetrów od swojej skroni - sam Pan rozumie...
/offtop: Widzę to tak: 1) Alfred wyjawia mi rozkład pomieszczeń a ja rozglądam się po domu. Na pewno chcę dokładnie przyjrzeć się salonowi, śladom z błota i poszukać czegoś, co mogłoby stanowić jakąś wskazówkę. 2) po salonie chcę iść do sypialni. 3) oczywiście, optymalnie byłoby gdybym mógł przeszukać dom, gdy Alfred pójdzie szukać Chwasta.
-
RE: Uroczystość nadania lenn i tytułównapisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
@natalia-helena-à-la-triste-von-hagsen-de-la-sparasan Ingvar przybył na uroczystość lekko spóźniony, gdyż cały dzień przesiedział w garażu szykując swojego Bentleya Blower 4 i 1/2 litra na zbliżający się wielkimi krokami Rajd Leocji. Kochał tą wściekłe zieloną maszynę i uważał za najpiękniejszą, zaraz po swojej żonie oczywiście, rzecz na świecie:

Nic więc dziwnego, że mało brakowało, a w ogóle zapomniałby o uroczystości nadania lenn. Rzecz jasna jego żona żyła tym wydarzeniem już od kilku dni i dopilnowała by mimo wszystko nie wyleciało mu to z głowy, wysyłając kilka stanowczych smsów, a następnie, gdy nie odpisywał, wykonując bardzo krótki acz jednoznaczny w treści telefon z prostym przekazem 'Masz być, albo wielki post dopiero się dla ciebie zacznie'.
Poskutkowało. Ingvar niechętnie bo niechętnie, ale oderwał się od swojej boskiej, czterokołowej maszyny i ubrał na szybko to, co akurat znalazł w szafie (dyżurny smoking był niestety w praniu, a Natalia, jak typowa próżna kobieta, pochłonięta sobą, nie pamiętała żeby zadbać o jego ubiór...):

Na gali trochę się nudził, myśląc o tym, czy nie powinien nałożyć jeszcze jednej warstwy wosku na Bentleya oraz jak najlepiej zaimpregnować unikatową tapicerkę z epoki, ale na szczęście część oficjalna trwała krótko. Już był myślami przy bankiecie, gdy z nagle usłyszał głos swojej żony, zapraszający go na scenę. Był trochę oszołomiony i miał dziwne wrażenie, że to musi być coś ważnego, o czym zapomniał, ale oczywiście nie zamierzał dać po sobie poznać, że nie ma pojęcia, co to za istotne wydarzenie, o którym mówi Natalia. Wstał, skłonił się lekko zgromadzonym i uśmiechnięty wszedł na scenę, gdzie stanął koło swojej drugiej połówki obejmując ją w pasie.
-
RE: Dworek Arlety [Gra Fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Phoebus był wściekły. Wprawdzie sam zaproponował ten sposób wyboru lidera, ale miał nadzieję, że nie zostanie przydzielony do jednej grupy z tą człekopodobną małpą. Co gorsza, okazało się, że los szykował dla niego jeszcze trudniejszą przeprawę. Do Dworku Arlety mieli jechać na motorze Chwasta. Oznaczało to, że Glyver będzie musiał zdać się na umiejętności prowadzenia pojazdu tego prostaka, któremu nie powierzyłby nawet obrania jabłka w obawie, że ten potnie się na kawałeczki.
Przez chwilę Phoebus rozważał nawet alternatywną opcję... Miał pewien pomysł - zupełnie kuszący i taki, który definitywnie rozwiązywałby problem... Koniec końców uznał jednak, że to jeszcze nie ten czas....
Droga do dworku trwała kilkadziesiąt minut i Glyver wiedział, że jego świadomość wymaże ten czas z jego pamięci tak szybko, jak to tylko możliwe. Wymuszona bliskość drugiego mężczyzny. Jego miarowy oddech wyczuwalny pod palcami. Pęd powietrza zmuszający do wtulenia się w szerokie, małpie plecy. Zapach potu. Koszmar.
Na miejscu zaparkowali w pewnej odległości od celu. Chwast coś mówił. Do tego pluł. Jak lama. Phoebus musiał zrobić uskok żeby lepka, śmierdząca i bezkształtna flegma nie przykleiła się do jego butów.
-Mój plan jest taki. Widzisz te tłumy? Tam nic nie załatwimy. Propozycja-skaczemy przez płot, dostajemy się pod budyenk główny i przeszukujemy po swojemu. W środku nie powinno nikogo być. Pewnie obstawili tylko wjazd. To te pi...y ze straży to i tak żadne zagrożenie. - skończył i czekał na odpowiedź partnera.
Phoebus kiwnął głową.
-- Świetny plan Panie Chwast. Wyborny. Musiał Pan długo nad nim myśleć. Zdecydowanie tak powinien Pan zrobić. Dokładnie jak w jakimś pierdolonym Dżonie Rambo. Jeszcze proszę coś wysadzić dla niepoznaki. Powodzenia życzę.
To powiedziawszy, Glyver odwrócił się od towarzysza i szybkim kokiem ruszył w stronę zaklejonej bramy i gromadzących się wokół niej tłumów. Gdy był już blisko, zaczął krzyczeć na całe gardło, tak by mieć pewność, że wszyscy, w tym strażnicy, go usłyszą:
-- Rozejść się ludzie! Tajny agent Jej Cesarskiej Mości, Phoebus Glyver. Rozejść się! Tu nie ma i nigdy nie było żadnej sensacji! Sprawa jest już rozwiązana, a burmistrz Arleta bezpieczna w ustronnym miejscu! - odczekał chwilę, żeby mieć pewność, że oczy ludzi zwrócą się w jego stronę, po czym kontynuował krzycząc na całe gardło - Była próba zamachu terrorystycznego na Panią Burmistrz ze strony sarmackich fundamentalistów, ale niebezpieczeństwo zostało zażegnane, a sabotażyści wyeliminowani. Pani Bumistrz nic już nie grozi, ale ze względów operacyjnych musi jeszcze na jakiś czas pozostać w ukryciu. Zapewniliśmy jej schronienie i jesteśmy w trakcie upewniania się, że może bezpiecznie wrócić do swoich obowiązków. Trochę cierpliwości. Niedługo sama opowie Wam dokładnie, co zaszło. Teraz jednak rozejść się! Zakończyć to zbiegowisko! Wracajcie do swoich spraw!
Poszedł do strażników:
-- Phoebus Glyver, agent Jej Cesarskiej Mości. Pojebało Was? Jak mogliście dopuścić do tego, żeby zebrał się tu taki tłum? A jakby wśród tych ludzi był kolejny terrorysta i posłał was wszystkich do diabła?! To zupełnie nieprofesjonalne. Dopilnuję żeby informacja o tej impertynencji dotarła do waszych przełożonych i żeby wyciągnięte zostały poważne konsekwencje.
Pauza. Phoebus liczył w głowie do trzech 1..., 2..., 3... po czym kontynuował:
-- Słyszeliście?! Pani Burmistrz jest już bezpieczna. Na szczęści sprawą zajmowali się ludzie kompetentni, a nie takie głąby jak wy, które nie potrafią nawet dopilnować, żeby wokół domu Pani Burmistrz nie zebrało się zbiegowisko.
Znowu liczył. 1...2...3... kontynuował trochę spokojniej, ale zdecydowanie:
-- Arleta von Baumhoff musi jednak pozostać jeszcze jakiś czas w ukryciu. Przysłano mnie po kilka jej rzeczy osobistych. Nie zajmie mi to długo. Jakieś 30 minut. Otworzyć bramę.
-
RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Phoebus wcale nie pragnął być liderem. Niańczenie tej nierozgarniętej gromadki nie było czymś, o czym szczególnie marzył. Z drugiej strony, o ile nie miał nic szczególnego przeciwko Annie (była tak samo fatalna, jak każda inna osoba z tej neurotycznej gromady), nie podobała mu się perspektywa, w której to Loretta będzie mu wybierała lidera.
Niewiele myśląc, wyjął więc talię kart, przetasował na stole i zwrócił się do zebranych:
-- Mam propozycję. Niech każdy wylosuje jedną kartę. Osoba z najwyższą kartą zostaje liderem.
/offtop proponuję rzut kością dla każdego z nas. Osoba z największą liczbą oczek wyciąga najwyższą kartę. Jeśli będą dwie osoby z taką samą liczbą, rzucamy jeszcze raz między nimi.
-
RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Glyver słuchał przemowy von Hochenberga z przymkniętymi oczami, ale kolejne słowa powodowały tylko, że skrzywił się mimowolnie. "Banały, same banały" - pomyślał. Tak czy inaczej, przeciąganie tej rozmowy nie miało już jakiegokolwiek sensu. Nawet gdyby mu się nie spodobała propozycja Franza i uznał, że nie chce brać udziału w tej misji i tak nie wróci przecież do domu. Po pierwsze - nie miał za co, po drugie - nie miał też do czego wracać. Trzeba więc było brać życie jakim jest i nie marudzić.
Otworzył powoli oczy i przeciągnął się na krześle bez jakiejkolwiek żenady, głośno przy tym ziewając. Spojrzał na kompanów. Tępy osiłek stał już przy drzwiach i coś mamrotał po małopoludowemu. Dziewczyna z blizną bardzo chciała iść w step i Wanda mu świadkiem, że Phoebus poszedłby chętnie w ten step razem z nią. Oj poszedłby. Niestety, druga dziewczyna, bodaj Anna, rwała się żeby robić za przyzwoitkę, co zupełnie nie przypadło mu do gustu.
Na domiar złego, Anna próbowała też rozkazywać i mówić im, gdzie i z kim mają iść. To także mu się nie podobało. Wysłuchał więc, co Panie mają do powiedzenia, po czym odrzekł:
-- Nie wiem, czy rozdzielanie się jest dobrym pomysłem. Nie znamy miasta, nie znamy okolicy, nie znamy siebie. Łatwo będzie się zgubić, a przecież mamy działać razem. Nie wiem też, czy dwie kruche kobiety, wyprawiające się samotnie w step, bez męskiego wsparcia, to rozsądny ruch. Pamiętajcie, że te dzikusy być może dopiero co porwały już jedną nierozsądną dziewczynę. Jeśli pójdziecie same, za chwilę będziemy szukać trzech, zamiast jednej porwanej...
Zrobił pauzę, krótką acz wyraźną, po czym kontynuował:
-- Proponuję działać razem, a jeśli już naprawdę musimy się dzielić, to na grupy mieszane, damsko/męskie - to mówiąc spojrzał na obie kobiety, oceniając je od stóp do głów. Tak, Loretta bardziej go pociągała, z całą pewnością, ale Anna... Anna też przecież była niczego sobie...
-- W ostateczności, możemy wylosować, kto z kim pójdzie i dokąd. Tak będzie sprawiedliwie. Nie ufam wam, a wy nie macie powodu, żeby ufać mi. Zdajmy się więc na ślepy traf. - zakończył konkretną propozycją Phoebus.
-
RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
@teutoński-lew Phoebus słuchał Hochenberga tylko na tyle, na ile było to konieczne by nie stracić wątku. Już dawno ocenił prawdziwość jego historyjek jako mierną, więc nie miał wątpliwości, że ten łysy dureń przekazuje im tylko takie fakty, które w jego ocenie stanowią niezbędne minimum. Resztę zataja albo, co gorsza, okłamuje ich, nie przedstawiając spraw tak, jak mają się w rzeczywistości.
Glyver zainteresował się dopiero, gdy na rzutniku zobaczył młodą, kobiecą postać. O tak, kobiety były zdecydowanie tym, co potrafił docenić, ta zaś wyglądała na wyjątkowy okaz. Piękna twarz, o regularnych, lekko dzikich rysach. Przywodziła mu na myśl drapieżne, przebiegłe zwierzę. Blond włosy spięte były u góry, odsłaniające jej wyraziste kości szczęki. Błękitne oczy patrzyły beznamiętnie w dal, bez jakiejkolwiek oznaki uczucia. Przymknął powieki i wyobraził sobie tę kobietę leżąca na podłodze, nagą, przygwożdżoną naporem jego ciała. Wyobraził sobie jej wyraz twarzy. 'Ciekawe, czy wtedy twoje spojrzenie też byłyby takie obojętne, kotku...' Otworzył oczy i dalej przyglądał się kobiecie. Smukła szyja, chude ramiona, jasna napięta skóra. Na zdjęciu ubrana była w kremową, prześwitującą suknię. Phoebus wpatrywał się w dekolt kobiety, studiując widoczny pod transparentnym materiałem zarys jej piersi. Były idealne, jak dwie duże krople żywicznego nektaru, spływajace po rajskim drzewie poznania dobra i zła. Glyver uważnie i w skupieniu podążał za ich kształtem, coraz niżej i niżej, aż wreszcie dojrzał to, czego szukał. Wyraźne odbarwienie jasnoróżowej brodawki. Westchnął głęboko. Kolejny raz przymknął oczy próbując zapamiętać ten obraz - niczym pies gończy, który przed polowaniem musi zakodować zapach ofiary. Odtwarzał w myślach to, co zobaczył, a widok ten przynosił mu realną przyjemność. Przygryzł dolna wargę, a następnie czubkiem języka oblizał rozgrzane z porządania, drżące usta. W tym momencie usłyszał sprzeczkę kobiet siedzących koło niego. Skrzywił się. Nie lubił kłótliwych i gderliwych bab. Starał się odciąć od tego jazgodu i wrócić do fantazji o pięknej dziewczynie ze zdjęcia. Niestety, zamiast upojnych wizji, usłyszał słowa, a raczej jakieś monosylaby, wypowiadane przez tego małpoluda, który z jakiegoś powodu został tu zaproszony, mimo że jego miejsce było w zoo, a w najlepszym razie w cyrku.
'Kurwa, zamknijcie wszyscy te jebane ryje. Ja pierdole...' - pomyślał z wściekłością, ale po chwili odzyskał samokontrolę, spojrzał na Franza i nieśmiało podniósł rękę, jak uczeń w szkole zgłaszający się do odpowiedzi. Gdy Hochenberg popatrzył na niego wymownie, Phoebus uśmiechnął się życzliwie, skinał głową dziękując za dopuszczenie do głosu i zaczął:
-- Drogi Panie, mam następujące pytania. Po pierwsze, skoro Loża jest tak duża i potężna, to do czego my jesteśmy wam w zasadzie potrzebni? Czy tak silna organizacja naprawdę nie ma w swoich szeregach PROFESJONALISTÓW - Glyver wypowiedział to słowo celowo w sposób teatralny - którzy umieliby oswobodzić biedną damę z rąk dzikusów? Czy naprawdę musicie brać amatorów z łapanki? Nie brzmi to ani logicznie ani przekonująco. Obawiam się wiec, że okłamuje nas Pan i albo ta wasza Loża jest słaba jak niemowlę zaraz po urodzeniu, albo wcale nie zależy Wam na uwolnieniu tej nieszczęsnej kobiety i chcecie jedynie mieć alibi, albo wreszcie, jest to misja z rodzaju samobójczych i po prostu szkoda wam życia swoich - cenniejszych od nas - kompanów. Możemy liczyć na odrobinę szczerości Panie Honorowy i Prawy Rycerzu? - Phoebus pozwolił sobie na kpinę uśmiechając się szeroko do Franza.
-- Drugie zaś moje pytanie, nie mniej ważne, brzmi: Co KONKRETNIE będziemy z tego mieli, jeśli nam się uda? Powtarzam - K O N K R E T N I E - więc proszę z łaski swojej nie mówić o honorze, wdzięczności i zaszczytach. Najlepiej jakby podał Pan konkretną sumę. BARDZO KONKRETNĄ. - kolejny szeroki uśmiech powędrował w stronę Teutończyka.
Phoebus powiedział co miał do powiedzenia, więc rozparł się wygodnie na krześle i czekał na odpowiedź. Jednocześnie kątem oka zobaczył, że jedna z kobiet siedzących przy stole, Loretta, czy jak jej tam było, ma szramę na twarzy. Lubił szramy. Popatrzył więc w jej stronę i kolejny raz oblizał wargi.
-
RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
Kobieta zaprowadziła ich - Phoebusa i tego drugiego troglodytę - do średniej wielkości pokoju, w którym przy owalnym stole siedziały już dwie niewiasty oraz jakiś łysy mężczyzna z brodą, ubrany w niecodzienny, dosyć paradny, strój. Gdy tylko przekroczyli próg, mężczyzna ów powstał energicznie, powitał ich i rozpoczął swój - jak szybko ocenił Phoebus, jako osoba mająca pewne doświadczenie w nawijaniu makaronu na uszy przypadkowym głupcom - dobrze wyuczony monolog.
Brodacz przedstawił się jako Franz von Hochenberg, a w jego mowie było wiele elementów typowych dla objazdowych kaznodziejów, naciągaczy i hochsztaplerów. Znalazło się więc coś i o elitarności, i tajności, i o wartościach, i o zaszczytach, jednym słowem - wszystko, czego trzeba, żeby niedowartościowani i nie mający nic do stracenia idioci połknęli haczyk i dali sobą manipulować. Phoebus nie oburzał się na to jednak. Nie było żadnych wątpliwości, że w obecnej sytuacji życiowej, w jakiej się znajdował, był właśnie, ni mniej ni więcej, taką zagubioną i zdesperowaną osobą. Inaczej przecież by tu nie przyjechał! Nie mógł więc mieć, i zaiste nie miał, żadnych pretensji o to, że Hochenberg skorzystał akurat z takich tanich sztuczek, żeby do niego dotrzeć. Wręcz przeciwnie, uznał to za przejaw jakiegoś tam profesjonalizmu ze strony przedstawiciela tej całej Loży. Mniej spodobała mu się za to perspektywa składania jakichś przysiąg. Phoebus w ogóle nie lubił zobowiązań, gdyż jako człowiek ceniący nad wszystko wolność, nie był osobą, która potrafiła ich dotrzymywać. Nie to, żeby przeszkadzało mu łamanie raz danego słowa, absolutnie nie, od dawna wyznawał bowiem tzw. moralność chwili, uznając, że moralne jest wyłącznie to, co w danym momencie jest też dla niego najkorzystniejsze, ale mimo wszystko, zirytowało go, że ten ledwo poznany człowiek, ceni go aż tak nisko, że na dzień dobry stawia mu jakieś warunki, strasząc dodatkowo konsekwencjami w przypadku ich złamania.
'Co za brodaty, nadęty chuj' - pomysłał Glyver, po czym popatrzył na tekst przysięgi, przeczytał go cicho, a następnie spojrzał na Hochenberga, poczekał, aż ich spojrzenia skrzyżują się, a gdy tylko to nastąpiło, uśmiechnął się do niego delikatnie i lekko kiwnął głową.
-- Czy mógłbym Pana o coś spytać Ekscelencjo? Czy Loża Rycerzy Teutońskich, którą Pan tak godnie reprezentuje, to potężna organizacja? Ilu właściwie macie członków?