Nawigacja

    Cesarstwo Teutonii (Emporrak Teutonie)

    • Zaloguj się
    • Szukaj
    • Cesarski System Centralny
    • Główna
    • Discord
    • Ostatnie
    • Tagi
    • Popularne
    • Użytkownicy
    • Grupy
    • Archiwalna strona Królestwa Teutonii
    1. Strona startowa
    2. VAT
    3. Najlepsze
    • Profil
    • Obserwowani 0
    • Obserwujący 0
    • Tematy 1
    • Posty 45
    • Najlepsze 31
    • Grupy 1

    Najlepsze posty napisane przez VAT

    • Federacja Piłkarska Królestwa Teutonii

      Drodzy,

      tak się składa, że jestem Prezesem Federacji Piłkarskiej Królestwa Teutonii. Jak może wiecie, albo i nie wiecie, drużyny reprezentujące nasz Kraj grają obecnie w Sarmackiej Lidze Piłkarskiej oraz Lidze Królewskiej. Dodatkowo nasza reprezentacja rywalizuje w rozgrywkach Ligi Mikroswiatowej.

      W tym wątku będę informował o ważnych wydarzeniach z życia teutonskiej piłki nożnej.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Szli przez ciasne uliczki trzymając się za ręce, Vanderlei lekko z przodu, nadając im rytmu, Natalia za nim. Bardzo pilnował się żeby nie iść za szybko, po pierwsze, by jego towarzyszka czuła jego bliskość, po drugie, by nie musiała za nim dreptać. Oślepienie skazywało ją na całkowitą uległość wobec niego i nie chciał, żeby miała z tego powodu jakikolwiek dyskomfort.

      Szli brukowaną, zaśnieżoną ulicą, mijając równie schludne co małomiasteczkowe domy z białego kamienia, niewyróżniające się i podobne jeden do drugiego jak rodzeństwo z jednego miotu. Zerkały na nich - blyszacymi od zapalonych już o tej porze świateł - ślepiami okien. Gdzieś w oddali, znad morza, wrzeszczały ostatnie nie utulone jeszcze do snu mewy lub rybitwy.

      Miasteczko było niewielkie, więc już po kilku minutach doszli do miejsca przeznaczenia - ryneczku stanowiącego centralny punkt osady. Pośrodku niewielkiego placu stał typowo prowincjonalny, jednonawaowy kościół ze strzelistą dzwonnicą górującą nad sąsiednimi zabudowaniami.

      Vanderlei był zadowolony. Kolejny już raz tego dnia wszystko był dokładnie tak, jak miało być. Choć miasteczko obsypane było grubą pierzyną śniegu, to przed nimi nie było go ani grama. Zamiast śniegu, cały plac zasłany był czerwonymi płatkami róż, tworzącymi pod ich stopami szkarłatny, pachnący dywan. Mężczyzna zaprowadził Natalię na środek rynku, gdzie kilkanaście metrów przed wejściem do kościoła stała lodowa rzeźba - dwa wyskakujące z wody delfiny, podświetlone miodowo-pomaranczową iluminacją:

      IMG_20210206_171545.jpg

      Granatowy nadmorski mrok, szkarłatne róże, kolorowe światło tańczące w kryształowej bryle lodu i odbijające się od elewacji pobliskich budynków, wszystkie te elementy współtworzyły niecodzienną aurę, która przyciagneła uwagę sporej grupki gapiów, z zaciekawieniem czekających na dalsze poczynania głównych aktorów tego widowiska.

      Vanderlei delikatnie ściągnął opaskę Natalii...

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Cesarstwo tak czy nie?

      Osobiście mam podobne zdanie do kiedyś Arcyksiążę Wojciech. Wg mnie cesarstwo to pewien symbol, idealna wizja, sacrum. Obawiam się sytuacji, w której zmiana nazwy tylko dla samej zmiany, będzie miała groteskowy skutek. Uważam, że Teutonia jest dostatecznie wielka by nie musieć się dowartościowywać przemianowaniem na cesarstwo. Pozostałbym przy Królestwie.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      Poranny lot z Poddębic do Auterry liniowym RCAirbusem przebiegł spokojnie. Żadnych turbulencji, chcących się spoufalać podróżnych ani nachalnych stewardes. Nie-niepokojony przez nikogo mógł więc trochę odpocząć, a trochę poszerzyć horyzonty, czytając o nowy o technikach tortur w toku śledztwa.

      Dochodziła 10 rano, gdy samolot przyziemił na płycie lotniska im. Piotra Artura, po czym dostojnie zakołował do miejsca postoju i ospale zatrzymał się. Vanderlei miał ze sobą jedynie mały bagaż podręczny więc niespiesznie przygotowywał się do opuszczenia pokładu. Nie chciał zresztą rzucać się w oczy. To nie była wizyta oficjalna i wolał pozostać na tyle anonimowy, na ile tylko było to możliwe.

      Po kilkunastu minutach stał już przed terminalem przylotów. Wszędzie leżał śnieg i było dosyć mroźnie, cieszył się więc, że uwierzył prognozom i wzial ciepłe ubrania, mimo że kojarzył Auterre raczej z ciepłymi klimatami. 'No cóż, jak widać po secesji klimat wszędzie się zmienił' - pomyślał.

      Już zawczasu, planując swoją podróż do Loardii, poczynił pewne starania, by zapewnić sobie na miejscu wszystko, czego potrzebował do realizacji planów.

      Włączył telefon i zadzwonił do kontaktu operacyjnego sarmackich służb specjalnych w Teutonii. Tajny Współpracownik o pseudonimie 'Podróżnik' był oddanym oficerem wywiadu, dostarczającym Księstwu cennych informacji i zawsze służącym pomocą, więc Prefekt wiedział, że może na niego liczyć. Nie zmieniało to jednak faktu, iż niektóre z jego życzeń były tym razem dosyć niecodzienne, toteż odetchnął z ulgą, gdy rozmówca zadeklarował, że udało się załatwić wszystko, o co prosił.

      Pierwszym na liście życzeń był samochód, który miał już na niego czekać na parkingu pod lotniskiem. Poszedł we wskazane mu miejsce i z zadowoleniem stwierdził, że auto rzeczywiście stało, co więcej prezentowało się znakomicie:

      http://img.sarmacja.org/thumbs/550/3Eu19cc6.jpg

      Wsiadł za kierownicę. Na siedzeniu pasażera leżał bukiet, czyli jego życzenie numer dwa:

      http://img.sarmacja.org/thumbs/550/N4F0B3nB.jpg

      'Doskonale' - Podróżnik spisał się naprawdę wzorowo. Vanderlei odpalił silnik, a samochód przyjemnie zamruczał.

      Podróż trwała około godziny. Mknął przez ośnieżone stepy Loardii, a czarny mustang musiał w tej scenerii wyglądać, jak mały punkcik pośrodku białego bezkresu.

      Gdy dotarł na miejsce było wciąż dosyć wcześnie, dochodziła 11. To dobrze. Miał dzisiaj dużo do zrobienia i potrzebował do tego niemal całego dnia. Wziął kwiaty i ruszył w stronę Dworku Wittelsbach.

      Energicznie zapukał do drzwi...

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      -- Wyglądasz jak prawdziwa królowa śniegu! - Vanderlei był zauroczony strojem Natalii, który wprawdzie odbiegał od klasycznych kanonów elegancji, ale taki modowy eklektyzm w jej wykonaniu bardzo przypadł mu do gustu.

      Poczekał aż Teutonka zejdzie ze schodów, po czym pewnym ruchem wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę drzwi wyjściowych.

      -- Chyba nie sądzisz, że powiem ci, gdzie cię zabieram, prawda? Pamiętaj, że to porwanie, a porywacz przecież nie odsłania kart przez swoim łupem! Na początku chciałem cię nawet związać, ale ostatecznie, musiałem się przyznać sam przed sobą, że jestem zbyt spętany Twoim urokiem, żeby cię niewolić w tak prostacki sposób! Ale jednak to dalej porwanie, a to zobowiązuje do dyskrecji! - puścił do Natalii oko.

      Wyszli na zewnątrz. Poprowadził ją do samochodu, otworzył drzwi pasażera i ręką dał znak, że zaprasza do środka. Gdy wsiadła, sam zajął miejsce za kierownicą.

      -- To ruszamy! - spojrzał na Natalię i odpalił silnik, który zamruczał jak zbudzony ze snu tygrys.

      -- Będzie Ci przeszkadzało jeśli włączę muzykę? - spytał, po czym nie czekając na odpowiedź nacisnął 'play' na samochodowym odtwarzaczu audio. Z głośników zabrzmiał klasyczny utwór.

      Vanderlei ruszył z piskiem opon i mknął zaśnieżoną drogą prowadzącą przez sam środek niczego. Zapewne znacznie przekraczajał ograniczenia prędkości, bo na niektórych zakrętach tylna oś wpadała w lekki poślizg i na ułamki sekund samochód stawał.sie bezwładny, ale bardziej go to bawiło niż skłaniało do większej ostrożności. Miał nadzieję, że Natalia się nie boi, ale tak długo, jak nie protestowała, nie miał zamiaru zwalniać ani dopytywać. Grająca muzyka, wszechobecna przesuwająca się za oknem biel i pęd powietrza wprawiały go w rodzaj transu, a fakt, że w każdym momencie coś mogło się stać, że igra z niebezpieczenstwem, tylko dodatkowo go pobudzał.

      Po kilkudziesięciu minutach dynamicznej jazdy dotarli na miejsce. Postawił samochód na skraju lasu.

      -- Musimy teraz przejść kawałek piechotą. - zwrócił się do swojej towarzyszki.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      -- Niedaleko. Chodźmy. - powiedział krótko Vanderlei i spojrzał na Natalię, po czym wyciągnął do niej rękę i uśmiechał się, gdy ona w mig odczytała jego intencje i w odpowiedzi podała mu swoją dłoń.

      Ruszyli w głąb lasu niewielką ścieżką wijącą się wśród wysokich, przyprószonych białym puchem drzew.  Krystalicznie czyste, mroźne, powietrze zapewniało doskonały widok na przyrodę pogrążona w zimowym śnie.  Śnieg trzeszczał pod ich butami, a zruszone gałązki rozsypywały dookoła mieniący się srebrzysty pył - zimny i orzeźwiający.

      Po kilku minutach wyszli na sporą polanę. Vanderlei odetchnął z ulgą, ciesząc się, że dobrze zapamiętał otrzymane instrukcje i trafił w umówione miejsce. Co więcej, już z tej odległości doskonale widział, że 'Podróżnik' kolejny raz sprawił się doskonale.

      Na środku polany stały duże drewniane sanie, niezwykle ozdobne, mające kształt złotego lwa. Zaprzęgnięto do nich trzy niewielkie, ale niezwykle krępe loardyjskie konie stepowe, a każdy z nich miał założoną uprząż zdobioną drogimi kamieniami, wstążkami i pawimi piórami. Powoził nimi pachołek siedzący w zagłębieniu znajdującym się w szyi lwa. Ubrany był w złotą liberię, na którą narzucony miał płaszcz z ciemno-zielonego aksamitu, spięty pod szyją złotymi sprzączkami. Na prawej piersi płaszcza dało się zobaczyć wyszywanego zielonego lwa teutońskiego trzymającego w łapach węża, herb Vanderleia.

      Widząc idącą parę, woźnica zeskoczył na ziemię jak oparzony i stanął na baczność, kłaniając się im nisko.  Vanderlei i Natalia podeszli do sań.  W środku wyłożone były futrami dzikich zwierząt oraz fikuśnie haftowanymi narzutami przedstawiającymi sceny z historii Teutonii. Na siedzisku leżał duży, skórzany bukłak z grzanym winem, a obok niego dwa kubki.

      Prefekt podał rękę swojej towarzyszce i pomógł jej wejść do środka, po czym sam wskoczył za nią i otulił Natalię jedną z narzut, podszytą sobolim futrem, przedstawiającą scenę z bitwy o Argon Cux. Gdy miał pewność, że jego partnerka nie zmarznie, wziął bukłak i nalał im po pełnym kubku aromatycznego grzańca.

      -- Po spacerze trzeba się rozgrzać! Za nas! - wzniósł toast patrząc na Teutonkę.

      Potem sam siadł obok niej, okrył się skórą niedźwiedzia i krzyknął na woźnicę:

      -- Pal z bata!

      Pachołek, który ponownie siedział już w lwiej szyi, zakręcił batem i wystrzelił, a konie zerwały się z miejsca do biegu.  Zimne powietrze pędem uderzyło o ich twarze, więc zaniemówili i słychać było tylko świst zmarzłego śniegu pod płozami, parskanie koni, tętent i krzyk woźnicy. Sanie gnały jak wicher.  Śnieg migotał, jakby ktoś sypał nań iskry, a stada wron przelatywały przed saniami wśród bezlistnych drzew, kracząc ile sił w ich ptasich płucach.

      -- Dobrze Ci? Nie marzniesz? - Vanderlei pochylił się nad Natalią, obejmując ją ręką.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Sanie gnały niesione przez niezmordowane loardyjskie konie. Wtem zapadł mrok. Wypadli z rzadkiego i rozświetlonego lasu w ciemny bór - niewzruszony, głuchy, sędziwy i cichy. Drzewa migotając w oczach, zdawały się uciekać gdzieś w tył za nich, a oni lecieli coraz prędzej i prędzej, jak gdyby zaraz mieli wzlecieć w powietrze. Para wtuliła się w siebie, jednocześnie przechylając się lekko w tył i zamykając oczy, by całkowicie oddać się pędowi. Vanderlei czuł, że obejmują go ręce Natalii. Było mu dobrze. Nachylił się do niej i poczuł na swoich wargach jej gorące wargi. Nie protestowała. Nie otwierali oczu, jakby byli pogrążeni we śnie, z którego żadne nie chciało się obudzić. I lecieli, lecieli razem w dal. Byli szczęśliwi.

      Senną atmosferę przerwało nagle uderzenie światła. Wypadli z boru na szeroką drogę biegnaca wzdluż wybrzeża. Popołudniowe, późne slońce oświetlało im twarze, a oni gnali mając jednej strony biały bezkres oszniezonych pół, z drugiej szarogranatowy bezkres oceanu.

      Vanderlei otworzył oczy i uśmiechnał się do Natalii. Sięgnął po bukłak i dolał jej wina.

      -- Niedługo powinniśmy dojechać na miejsce. - powiedział troche do swojej towarzyszki, a trochę do siebie.

      Na horyzoncie zobaczyli zarys zabudowań. Cywilizacja z każdą minutą zbliżała się do nich i była coraz wyraźniejsza. Mężczyzna wiedział, że to małe nadmorskie miasteczko, ich cel podróży.

      Jechali coraz wolniej. Ostatnie chwile kuligu spędzili patrząc na słońce powoli zniżające się ku tafli morza. Wreszcie sanie zatrzymały się na obrzeżach niewielkiej, urokliwej miejscowości.

      Vanderlei wyjął z kieszeni czarna, aksamitną szarfę.

      -- Obawiam się, że muszę teraz zasłonić Ci oczy - powiedział do Natalii i nie czekając na zgodę, delikatnie obwiązał wstążkę wokół jej głowy. Gdy skończył i miał pewność, że kobieta nic nie widzi, wziął ją za rękę.

      --Zdaj się na mnie. Poprowadzę Cię. - powiedział i ruszyli w głąb miasteczka.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Opaska opadła z oczu kobiety i leżała teraz niczym czarny wąż wijący się u ich stóp na karmazynowo-srebrnym dywanie ze śniegu i róż. Natalia patrzyła na to, co dla niej przygotował, z twarzą ubraną w enigmatyczny uśmiech. Lekki wiatr tańczył w jej włosach, unosząc pojedyncze kosmyki do góry i w dół. Nie okazywała emocji, a w każdym razie nie na tyle, by Vanderlei mógł się czuć bezpiecznie... Stała z zaróżowionymi od mrozu policzkami i patrzyła...tak po prostu, patrzyła w dal...

      Sekundy ciągnęły się, jak gęsty miód oblepiający rzeczywistość. Cała sceneria dookoła nich była tak kiczowato-romantyczna, że aż mdła. Dwoje niemal nieruchomych ludzi, biały puch i płatki róż tańczące w powietrzu, lodowa rzeźba, kościół w tle. Widoczek jak z dziecięcej zabawki - szklanej kuli że sztucznym śniegiem.

      -- To miejsce ... jest jak z bajki - usłyszał wreszcie z jej ust i drgnął wybudzony z tego idyllicznego letargu.

      Popatrzył na Natalię. To była właśnie ta chwila. Ten moment. Godzina zero.

      -- Natalio, miało być po niemiecku - wiem przecież, jak bardzo kochasz Austro-Węgry i jak chciałabyś cofnąć się w czasie by tam zamieszkać! - ale stwierdziłem, że nie będę ryzykował. W końcu na prywatne lekcje mamy przecież całe życie. - Vanderlei całkowicie odzyskał już rezon i uśmiechał się zawadiacko puszczając oko do swojej towarzyszki.

      -- Próbowałem o Tobie zapomnieć, znienawidzić Cię, zawalczyć z uczuciem. Wszystko na nic. Nie chcę już dłużej spierać się ze swoim wewnętrznym głosem. Wiesz, że zdradziłem Teutonię, ale choć zostałem przez nią wyklęty, przeżyłem to bez problemu. Nie przeżył bym jednak, gdybym zdradził teraz samego siebie i nie wyznał Ci swoich uczuć.

      Mówiąc to, Vanderlei wyjął z wewnętrznej kieszeni płaszcza małe pudełeczko z ciemnego aksamitu. Przyklęknął przed kobietą, nie spuszczając z niej wzroku. Otworzył pudełeczko a jej oczom ukazał się połyskujący pierścionek z różowego złota, wysadzany białymi i błękitnymi diamentami, po środku których pysznił się okazały brylant.

      3.png

      2.png

      -- Natalio, niechże Twoja wola decyduje o moim losie. Ofiaruje Ci rękę, serce i duszę. Proszę Cię, byś spędziła życie przy moim boku, byś była moim drugim ja, moim najlepszym towarzyszem na ziemi. Wyjdziesz za mnie?

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Arlety [Gra Fabularna]

      Phoebus był wściekły. Wprawdzie sam zaproponował ten sposób wyboru lidera, ale miał nadzieję, że nie zostanie przydzielony do jednej grupy z tą człekopodobną małpą. Co gorsza, okazało się, że los szykował dla niego jeszcze trudniejszą przeprawę. Do Dworku Arlety mieli jechać na motorze Chwasta. Oznaczało to, że Glyver będzie musiał zdać się na umiejętności prowadzenia pojazdu tego prostaka, któremu nie powierzyłby nawet obrania jabłka w obawie, że ten potnie się na kawałeczki.

      Przez chwilę Phoebus rozważał nawet alternatywną opcję... Miał pewien pomysł - zupełnie kuszący i taki, który definitywnie rozwiązywałby problem... Koniec końców uznał jednak, że to jeszcze nie ten czas....

      Droga do dworku trwała kilkadziesiąt minut i Glyver wiedział, że jego świadomość wymaże ten czas z jego pamięci tak szybko, jak to tylko możliwe. Wymuszona bliskość drugiego mężczyzny. Jego miarowy oddech wyczuwalny pod palcami. Pęd powietrza zmuszający do wtulenia się w szerokie, małpie plecy. Zapach potu. Koszmar.

      Na miejscu zaparkowali w pewnej odległości od celu. Chwast coś mówił. Do tego pluł. Jak lama. Phoebus musiał zrobić uskok żeby lepka, śmierdząca i bezkształtna flegma nie przykleiła się do jego butów.

      -Mój plan jest taki. Widzisz te tłumy? Tam nic nie załatwimy. Propozycja-skaczemy przez płot, dostajemy się pod budyenk główny i przeszukujemy po swojemu. W środku nie powinno nikogo być. Pewnie obstawili tylko wjazd. To te pi...y ze straży to i tak żadne zagrożenie. - skończył i czekał na odpowiedź partnera.

      Phoebus kiwnął głową.

      -- Świetny plan Panie Chwast. Wyborny. Musiał Pan długo nad nim myśleć. Zdecydowanie tak powinien Pan zrobić. Dokładnie jak w jakimś pierdolonym Dżonie Rambo. Jeszcze proszę coś wysadzić dla niepoznaki. Powodzenia życzę.

      To powiedziawszy, Glyver odwrócił się od towarzysza i szybkim kokiem ruszył w stronę zaklejonej bramy i gromadzących się wokół niej tłumów. Gdy był już blisko, zaczął krzyczeć na całe gardło, tak by mieć pewność, że wszyscy, w tym strażnicy, go usłyszą:

      -- Rozejść się ludzie! Tajny agent Jej Cesarskiej Mości, Phoebus Glyver. Rozejść się! Tu nie ma i nigdy nie było żadnej sensacji! Sprawa jest już rozwiązana, a burmistrz Arleta bezpieczna w ustronnym miejscu! - odczekał chwilę, żeby mieć pewność, że oczy ludzi zwrócą się w jego stronę, po czym kontynuował krzycząc na całe gardło - Była próba zamachu terrorystycznego na Panią Burmistrz ze strony sarmackich fundamentalistów, ale niebezpieczeństwo zostało zażegnane, a sabotażyści wyeliminowani. Pani Bumistrz nic już nie grozi, ale ze względów operacyjnych musi jeszcze na jakiś czas pozostać w ukryciu. Zapewniliśmy jej schronienie i jesteśmy w trakcie upewniania się, że może bezpiecznie wrócić do swoich obowiązków. Trochę cierpliwości. Niedługo sama opowie Wam dokładnie, co zaszło. Teraz jednak rozejść się! Zakończyć to zbiegowisko! Wracajcie do swoich spraw!

      Poszedł do strażników:

      -- Phoebus Glyver, agent Jej Cesarskiej Mości. Pojebało Was? Jak mogliście dopuścić do tego, żeby zebrał się tu taki tłum? A jakby wśród tych ludzi był kolejny terrorysta i posłał was wszystkich do diabła?! To zupełnie nieprofesjonalne. Dopilnuję żeby informacja o tej impertynencji dotarła do waszych przełożonych i żeby wyciągnięte zostały poważne konsekwencje.

      Pauza. Phoebus liczył w głowie do trzech 1..., 2..., 3... po czym kontynuował:

      -- Słyszeliście?! Pani Burmistrz jest już bezpieczna. Na szczęści sprawą zajmowali się ludzie kompetentni, a nie takie głąby jak wy, które nie potrafią nawet dopilnować, żeby wokół domu Pani Burmistrz nie zebrało się zbiegowisko.

      Znowu liczył. 1...2...3... kontynuował trochę spokojniej, ale zdecydowanie:

      -- Arleta von Baumhoff musi jednak pozostać jeszcze jakiś czas w ukryciu. Przysłano mnie po kilka jej rzeczy osobistych. Nie zajmie mi to długo. Jakieś 30 minut. Otworzyć bramę.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Uroczystość nadania lenn i tytułów

      @natalia-helena-à-la-triste-von-hagsen-de-la-sparasan Ingvar przybył na uroczystość lekko spóźniony, gdyż cały dzień przesiedział w garażu szykując swojego Bentleya Blower 4 i 1/2 litra na zbliżający się wielkimi krokami Rajd Leocji. Kochał tą wściekłe zieloną maszynę i uważał za najpiękniejszą, zaraz po swojej żonie oczywiście, rzecz na świecie:

      3f02c7a007e3d8d0c5878cf5ff1ec778.jpg

      Nic więc dziwnego, że mało brakowało, a w ogóle zapomniałby o uroczystości nadania lenn. Rzecz jasna jego żona żyła tym wydarzeniem już od kilku dni i dopilnowała by mimo wszystko nie wyleciało mu to z głowy, wysyłając kilka stanowczych smsów, a następnie, gdy nie odpisywał, wykonując bardzo krótki acz jednoznaczny w treści telefon z prostym przekazem 'Masz być, albo wielki post dopiero się dla ciebie zacznie'.

      Poskutkowało. Ingvar niechętnie bo niechętnie, ale oderwał się od swojej boskiej, czterokołowej maszyny i ubrał na szybko to, co akurat znalazł w szafie (dyżurny smoking był niestety w praniu, a Natalia, jak typowa próżna kobieta, pochłonięta sobą, nie pamiętała żeby zadbać o jego ubiór...):

      IMG_20210418_203913.jpg

      Na gali trochę się nudził, myśląc o tym, czy nie powinien nałożyć jeszcze jednej warstwy wosku na Bentleya oraz jak najlepiej zaimpregnować unikatową tapicerkę z epoki, ale na szczęście część oficjalna trwała krótko. Już był myślami przy bankiecie, gdy z nagle usłyszał głos swojej żony, zapraszający go na scenę. Był trochę oszołomiony i miał dziwne wrażenie, że to musi być coś ważnego, o czym zapomniał, ale oczywiście nie zamierzał dać po sobie poznać, że nie ma pojęcia, co to za istotne wydarzenie, o którym mówi Natalia. Wstał, skłonił się lekko zgromadzonym i uśmiechnięty wszedł na scenę, gdzie stanął koło swojej drugiej połówki obejmując ją w pasie.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Uroczystość nadania lenn i tytułów

      @hans-von-krieg 'Synu, dokładnie rzecz ujmując, to nazwisko odziedziczysz po mnie, a w zasadzie, to po Twoim dziadku, Auguście' - szepnął Ingvar Hansowi do ucha. Brew mu się przy tym uniosła, choć z twarzy nie schodził wyuczony uśmiech.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Otworzyła mu służąca. Trochę go to zdziwiło, bo choć wiedział, że Natalia mieszka w okazałym dworze, zupełnie nie spodziewał się służby. Stal więc teraz zaskoczony, w progu, z kwiatami w ręku i z niezbyt mądrą, zdziwioną miną, a drogę zagradzała mu jakaś kobiecina w stroju pokojówki, która coś gderała, może do niego, może nie do niego - tego mówiąc szczerze nie wiedział, bo zupełnie jej nie słuchał wodząc oczami w poszukiwaniu pani domu.

      Natalia na szczęście pojawiła się chwilę później, gdy poziom konsternacji był jeszcze stosunkowo nieduży i przegoniła służkę hen do innych spraw. Spojrzał na nią i uśmiechnął się cynicznie:

      -- Natalia, dobrze Cię widzieć! Mało brakowało, a nie przeszedłbym selekcji twojego komitetu powitalnego - powiódł wzrokiem w kierunku, w którym podreptała slużaca - Wyjechałaś z Bazylei tak szybko, że nie zdążyliśmy się pożegnać. Sama rozumiesz, że nie mogłem przejść nad tym do porządku dziennego. Postanowiłem więc zrobić Ci niespodziankę i przyjechać. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Tym razem nie znalazłem niestety nigdzie żadnego stroika, więc ten bukiet musi stanowić wystarczająco godny ersatz - podniósł kwiaty i udał przepraszającą minę - Mogę wejść?

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Przyjęła od niego kwiaty, po czym cofnęła się, zapraszając go do środka. Zdjął płaszcz. Ubrany był w ciemnogranatową wełnianą marynarkę klubową, kaszmirowy butelkowo-zielony golf oraz popielate tweedowe spodnie ( strój ). Zdecydowanie za ciepło na przesiadywanie w domu, ale nie przejmował się tym - miał tu przecież spędzić tylko chwilę.

      Poszedł za Natalią do salonu i wygodnie rozsiadł się na szerokim, miękkim fotelu. Nie miał zresztą za bardzo wyboru - na małym szezlongu, na którym przycupnęła Pani Domu, z całą pewnością nie dałoby się wygodnie siedzieć we dwoje.

      Był głodny, od rana nic nie jadł, więc propozycję gospodyni przyjął z wdzięcznością, mając jednocześnie nadzieję, że nie była kurtuazyjna.

      -- Z przyjemnością napiję się kawy, a i strawą nie pogardzę waćpanna! Ostatni posiłek jadłem na lotnisku w Poddębicach i zgłodniałem na tyle, by skusić się na jakowyś loardyjski przysmak! - odparł jowialnie, próbując żartobliwie dostosować się do klimatu dworku.

      W ułamku sekund spoważniał jednak. Spiął mięśnie twarzy, wyprostował się na fotelu i przeszył Natalię wzrokiem z grobową miną:
      --Tak naprawdę nie zabawię tu długo. I Ty też raczej nie. Nie przyjechałem w odwiedziny. Przyjechałem Cię porwać...

      Zrobił pauzę. Nastała ciężka, zalegająca, przedłużającą się w nieskończoność cisza. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Vanderlei rozpromienił się i wyszczerzył do Teutonki swoje śnieżnobiałe żeby w szerokim uśmiechu.

      -- Dasz się porwać, Moja Droga? - spytał figlarne puszczając do niej oko.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Dworek Wittelsbach

      @natalia-helena-von-lichtenstein

      Delikatnie wziął ją za rękę i dał znak żeby wstała. Sam również wstał. Nie puszczając jej ani na chwilę, ruszył w stronę kościoła. Szli lekko, niemal tanecznie, płynąc przez przez obsypany różami plac, otuleni wczesną zimową nocą, wśród błyskotek śniegu spadających na ich ramiona, głowy i twarze.

      Nie mieli odpowiednich strojów, ale też nie miało to dla nich żadnego znaczenia. Świątynia przed nimi była ciemna, wyludniona, wyglądała na zamkniętą, a mimo to właśnie tam Vanderlei prowadził swoją wybrankę.

      Chwilę przed wejściem do kościoła spojrzał na Natalię:

      -- Jesteś gotowa? - popatrzył na Teutonkę, uśmiechając się ciepło.

      Potem nacisnął na ciężką, kutą z żelaza klamkę. Drzwi zaskrzypiały i otworzyły się. Jednak nie było zamknięte, w środku panował za to zupełny mrok. Przekroczyli próg zatapiając się w tą ciemności. Z zewnątrz wyglądało to, jakby nagle ta uśpiona w zimowym letargu świątynia ich pożarła; jakby zniknęli, składając swoje istnienia w ofierze by udobruchać jakieś okrutne, starożytne bóstwo.

      Przez kilka sekund panowała grobowa cisza. Potem w całej świątyni rozbłysły światła...

      https://youtu.be/NBE-uBgtINg

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Srebrny Róg – Sala Kongresowa

      @natalia-helena-von-lichtenstein Na gali nie mogło zabraknąć znanego teutońskiego patrioty i bohatera narodowego, Vanderleia à la Triste von Hagsen de la Sparasan.

      Przybył ubrany skromnie i klasycznie - czarny smoking z satynowymi wykończeniami, biała koszula z łamanym kołnierzykiem, czarna jedwabna mucha, czarne lakierki.

      Szedł powoli przez Salę Kongresową, a ludzie, poznając swojego idola, wiwatowali i wznosili na jego widok entuzjastyczne okrzyki. Cierpliwie znosił swoją popularność i uwielbienie, jakim darzyło go teutońskie społeczeństwo. Nie stronił od kontaktu, wręcz przeciwnie, starał się podejść do każdego, przybić piątkę i zapozować do selfie.

      Na scenie trwała próby generalna przed uroczystą galą. Vanderlei bez trudu dostrzegł swoją żonę, Natalię, która wraz z Andrzejem Fryderykiem omawiała ostatnie szczegóły wydarzenia. Oni również go zobaczyli. Pomachał do nich. Nie pozostali dłużni. Natalia posłała mu buziaka, a Andrzej Fryderyk serdecznie mu odmachał z szerokim uśmiechem.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Srebrny Róg – Sala Kongresowa

      @joanna-izabela Ach, Joanna Izabela, piękna jak zawsze. Tytuł Cesarzowej mógł dodawać Jej wprawdzie lat - cóż poradzić, że zazwyczaj, gdy człowiek myśli 'Cesarzowa' widzi starą, rozlazłą babę, taką co to z koniami.... - no w każdym razie Ona do tego niekorzystnego stereotypu nie przystawała nic a nic.

      Wprawdzie Vanderlei starał się traktować monarchinię z teatralną obojętnością, ale lata, gdy wiernie warował przy Jej tronie na smyczy i w kagańcu, robiły swoje. Instynkt zadziałał, a on zawstydzony, zdążył tylko w ostatniej chwili zakryć ręką usta, po czym wydał z siebie ciche 'chau chau'.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]

      Phoebus otworzył ciężkie, rzeźbione drzwi i zajrzał w głąb pomieszczeń należących do Loży. W środku, na korytarzu, kręciło się kilka osób. Wsunął głowę z drzwi i rozejrzał się. Nic. Żadnej wskazówki co robić dalej. Żadnego komitetu powitalnego, konfetti, okrzyków radości. Ludzie chodzili to tu, to tam, w ogóle nie zwracając uwagi na przybysza. Powinien teraz chyba znaleźć jakąś recepcję, albo odźwiernego, albo cokolwiek, co pozwoliłoby mu zasięgnąć informacji i dowiedzieć się, czy sprawa jest jeszcze aktualna. Nie zdziwilby się przecież, gdyby nie była. Minęło w końcu 10 dni... Znowu naszła go natrętna myśl, ktora wracała do niego co jakiś czas. - "idioto, to wszystko bez sensu".

      Może i bez sensu, ale prawda była taka, że list włożony między drzwi a framugę mieszkania znalazł dopiero pięć dni po wskazywanym w piśmie terminie. Wcześniej nie miał szans dowiedzieć się o korespondencji, gdyż...siedział w więzieniu... Nie to, żeby coś poważnego przeskrobał... taka tam, pospolita drobnica...nikt przecież nie umarł... Wyrok półtora miesiąca pozbawienia wolności uważał za wyjątkowo niesprawiedliwy i bezduszny, tym bardziej, widząc list, postanowił, że losowy i niezależny od niego przypadek, jakim była odsiadka, nie zamknie mu drogi do szczęścia, nowego początku i upragnionego od dawna, stabilnego życia, w tej całej Lolardii, Lombardii, czy jakoś tak.

      Pobyt w więzieniu pokrzyżował mu wszystkie plany zawodowe, więc ucieszył się, gdy przeczytał, że jacyś tam rycerze zapraszają go dość siebie. Zapraszają albo zapraszali, w końcu wskazali termin, który minął... Próbował się dodzwonić, żeby spytać, czy może jeszcze przyjechać. Niestety, jedyny numer, jaki znalaz w internecie, poprzedzony egzotycznym kierunkowym, uparcie nie odpowiadał.

      Nie miał wiele do stracenia, w zasadzie nic. Zdecydował zaryzykować - któryż to już raz w życiu... Nie miał pieniędzy na samolot, złapał więc stopa z Bazylei do Eldoratu, a tam wsiadł na kontenerowiec płynący do Loardii. W zasadzie nie tyle wsiadł, co zakradł się do jednego z kontenerów. Rejs trwał kilka dni, potem kolejne stopy, aż trafił wreszcie na to zadupie i w końcu tutaj, do tego budynku.

      Westchnął, 'Kosci zostały rzucone, teraz nie ma co żałować'... Wszedł do środka, w ręku ściskał pomięty list. Kogo by tu zapytać...

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]

      @teutoński-lew

      Phoebus Glyver stał w korytarzu, gdy nagle poczuł, jak ktoś bezpardonowo uderza w niego w całym impetem swojego wielkiego i ciężkiego cielska, a następnie, rozpycha się, popycha go, przydusza do na ściany, by wreszcie, nie robiąc sobie nic a nic z nietaktu, popędzić w głąb holu, wprost do czegoś, co wyglądało jak kontuar.

      Popatrzył z nienawiścią za oddalającym się mężczyzną. Oh, jak on nie cierpiał takich nalanych, chamowatych, gburów. Takich, co to uważają, że są pępkiem świata i ani myślą zwracać uwagę na innych, nie korzystając nigdy z magicznej triady: 'przepraszam', 'dziękuję' ani 'proszę'.

      Poczuł, jak wzbiera w nim pierwotna i nieokiełznana złość. Jak buzuje anim gniew. Przymknął oczy i wyobraził sobie, że wyjmuje z kieszeni wielki myśliwski nóż, bierze zamach i bez ostrzeżenia wbija temu głupiemu osiołkowi w kark, w ten jego mięsisty, owłosiony, małpi kark, ale tak bardzo głęboko, aż po samą rękojeść, jak w masełko.

      'Oooo tak, jak dobrze. Zdziwilaby się, ta kupa sadła, cham pierdolony.' - Phoebus jeszcze mocniej przycisnął powieki, dając się całkowicie ponieść złości i swoim chorym fantazjom. Gdzieś tam, w głowie, wyraźnie widział tą sytuacją, bawił się nią, napawając swoim męstwem oraz zapachem ciepłej, buchajacej z rany krwi. 'Taaaaak, właśnie tak', Glyver uśmiechnął się pod nosem. 'Wtedy by popamietał, żwszyscy by popamietali, że nie warto z nim zadzierać i że zawsze, ale to z a w s z e, należy okazywać mu szacunek.' Poczuł się dobrze, nie tylko psychicznie, ale też fizycznie, tak bardzo, że po jego podbrzuszu zaczęło rozchodzić się mile, lepkie, ciepło.

      -- A pan do kogo? – czyjś głos wybudził go z letargu.

      Otworzył niechętnie oczy. Pytanie padło z ust atrakcyjnej kobiety w średnim wieku. Krótka, obcisła spódnica, podkreślała jej kształtne biodra, bezwstydnie odsłaniając przy tym zgrabne kolana. Kobieta patrzyła na niego z mieszaniną niechęci i znudzenia i widać było, że nie odpuści, aż nie otrzyma odpowiedzi.

      -- Jestem Phoebus...Phoebus Glyver... z Bazylei. Przyjechałem... ekhem, jestem... jestem tu, bo mam... dostałem od Was, to - wyciągnął z kieszeni pomiętą kartkę z zaproszeniem i pomachał nią, starając się całym sobą dać znać, że właśnie ta oto karta stanowi główny i jedyny powód jego wizyty.

      -- Wiem, że trochę się spóźniłem, ale... tak sobie pomyślałem, że może... że kto wie... można jeszcze...tak u was... spróbować...tego - nie mógł złożyć zdania, plączac się, jak po wylewie. Męczyła go myśl, czy to mile ciepło, które przed chwilą poczuł, fantazjując o zuchwałym mordzie na nieznajomym osiłku, nie skutkowało pojawieniem się plamy na jego kroczu i czy ta kobieta jej przypadkiem teraz nie widzi...

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]

      @teutoński-lew

      Kobieta zaprowadziła ich - Phoebusa i tego drugiego troglodytę - do średniej wielkości pokoju, w którym przy owalnym stole siedziały już dwie niewiasty oraz jakiś łysy mężczyzna z brodą, ubrany w niecodzienny, dosyć paradny, strój. Gdy tylko przekroczyli próg, mężczyzna ów powstał energicznie, powitał ich i rozpoczął swój - jak szybko ocenił Phoebus, jako osoba mająca pewne doświadczenie w nawijaniu makaronu na uszy przypadkowym głupcom - dobrze wyuczony monolog.

      Brodacz przedstawił się jako Franz von Hochenberg, a w jego mowie było wiele elementów typowych dla objazdowych kaznodziejów, naciągaczy i hochsztaplerów. Znalazło się więc coś i o elitarności, i tajności, i o wartościach, i o zaszczytach, jednym słowem - wszystko, czego trzeba, żeby niedowartościowani i nie mający nic do stracenia idioci połknęli haczyk i dali sobą manipulować. Phoebus nie oburzał się na to jednak. Nie było żadnych wątpliwości, że w obecnej sytuacji życiowej, w jakiej się znajdował, był właśnie, ni mniej ni więcej, taką zagubioną i zdesperowaną osobą. Inaczej przecież by tu nie przyjechał! Nie mógł więc mieć, i zaiste nie miał, żadnych pretensji o to, że Hochenberg skorzystał akurat z takich tanich sztuczek, żeby do niego dotrzeć. Wręcz przeciwnie, uznał to za przejaw jakiegoś tam profesjonalizmu ze strony przedstawiciela tej całej Loży. Mniej spodobała mu się za to perspektywa składania jakichś przysiąg. Phoebus w ogóle nie lubił zobowiązań, gdyż jako człowiek ceniący nad wszystko wolność, nie był osobą, która potrafiła ich dotrzymywać. Nie to, żeby przeszkadzało mu łamanie raz danego słowa, absolutnie nie, od dawna wyznawał bowiem tzw. moralność chwili, uznając, że moralne jest wyłącznie to, co w danym momencie jest też dla niego najkorzystniejsze, ale mimo wszystko, zirytowało go, że ten ledwo poznany człowiek, ceni go aż tak nisko, że na dzień dobry stawia mu jakieś warunki, strasząc dodatkowo konsekwencjami w przypadku ich złamania.

      'Co za brodaty, nadęty chuj' - pomysłał Glyver, po czym popatrzył na tekst przysięgi, przeczytał go cicho, a następnie spojrzał na Hochenberga, poczekał, aż ich spojrzenia skrzyżują się, a gdy tylko to nastąpiło, uśmiechnął się do niego delikatnie i lekko kiwnął głową.

      -- Czy mógłbym Pana o coś spytać Ekscelencjo? Czy Loża Rycerzy Teutońskich, którą Pan tak godnie reprezentuje, to potężna organizacja? Ilu właściwie macie członków?

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT
    • RE: Siedziba Loży Rycerskiej w Andburgu [Gra fabularna]

      @teutoński-lew Phoebus słuchał Hochenberga tylko na tyle, na ile było to konieczne by nie stracić wątku. Już dawno ocenił prawdziwość jego historyjek jako mierną, więc nie miał wątpliwości, że ten łysy dureń przekazuje im tylko takie fakty, które w jego ocenie stanowią niezbędne minimum. Resztę zataja albo, co gorsza, okłamuje ich, nie przedstawiając spraw tak, jak mają się w rzeczywistości.

      Glyver zainteresował się dopiero, gdy na rzutniku zobaczył młodą, kobiecą postać. O tak, kobiety były zdecydowanie tym, co potrafił docenić, ta zaś wyglądała na wyjątkowy okaz. Piękna twarz, o regularnych, lekko dzikich rysach. Przywodziła mu na myśl drapieżne, przebiegłe zwierzę. Blond włosy spięte były u góry, odsłaniające jej wyraziste kości szczęki. Błękitne oczy patrzyły beznamiętnie w dal, bez jakiejkolwiek oznaki uczucia. Przymknął powieki i wyobraził sobie tę kobietę leżąca na podłodze, nagą, przygwożdżoną naporem jego ciała. Wyobraził sobie jej wyraz twarzy. 'Ciekawe, czy wtedy twoje spojrzenie też byłyby takie obojętne, kotku...' Otworzył oczy i dalej przyglądał się kobiecie. Smukła szyja, chude ramiona, jasna napięta skóra. Na zdjęciu ubrana była w kremową, prześwitującą suknię. Phoebus wpatrywał się w dekolt kobiety, studiując widoczny pod transparentnym materiałem zarys jej piersi. Były idealne, jak dwie duże krople żywicznego nektaru, spływajace po rajskim drzewie poznania dobra i zła. Glyver uważnie i w skupieniu podążał za ich kształtem, coraz niżej i niżej, aż wreszcie dojrzał to, czego szukał. Wyraźne odbarwienie jasnoróżowej brodawki. Westchnął głęboko. Kolejny raz przymknął oczy próbując zapamiętać ten obraz - niczym pies gończy, który przed polowaniem musi zakodować zapach ofiary. Odtwarzał w myślach to, co zobaczył, a widok ten przynosił mu realną przyjemność. Przygryzł dolna wargę, a następnie czubkiem języka oblizał rozgrzane z porządania, drżące usta. W tym momencie usłyszał sprzeczkę kobiet siedzących koło niego. Skrzywił się. Nie lubił kłótliwych i gderliwych bab. Starał się odciąć od tego jazgodu i wrócić do fantazji o pięknej dziewczynie ze zdjęcia. Niestety, zamiast upojnych wizji, usłyszał słowa, a raczej jakieś monosylaby, wypowiadane przez tego małpoluda, który z jakiegoś powodu został tu zaproszony, mimo że jego miejsce było w zoo, a w najlepszym razie w cyrku.

      'Kurwa, zamknijcie wszyscy te jebane ryje. Ja pierdole...' - pomyślał z wściekłością, ale po chwili odzyskał samokontrolę, spojrzał na Franza i nieśmiało podniósł rękę, jak uczeń w szkole zgłaszający się do odpowiedzi. Gdy Hochenberg popatrzył na niego wymownie, Phoebus uśmiechnął się życzliwie, skinał głową dziękując za dopuszczenie do głosu i zaczął:

      -- Drogi Panie, mam następujące pytania. Po pierwsze, skoro Loża jest tak duża i potężna, to do czego my jesteśmy wam w zasadzie potrzebni? Czy tak silna organizacja naprawdę nie ma w swoich szeregach PROFESJONALISTÓW - Glyver wypowiedział to słowo celowo w sposób teatralny - którzy umieliby oswobodzić biedną damę z rąk dzikusów? Czy naprawdę musicie brać amatorów z łapanki? Nie brzmi to ani logicznie ani przekonująco. Obawiam się wiec, że okłamuje nas Pan i albo ta wasza Loża jest słaba jak niemowlę zaraz po urodzeniu, albo wcale nie zależy Wam na uwolnieniu tej nieszczęsnej kobiety i chcecie jedynie mieć alibi, albo wreszcie, jest to misja z rodzaju samobójczych i po prostu szkoda wam życia swoich - cenniejszych od nas - kompanów. Możemy liczyć na odrobinę szczerości Panie Honorowy i Prawy Rycerzu? - Phoebus pozwolił sobie na kpinę uśmiechając się szeroko do Franza.

      -- Drugie zaś moje pytanie, nie mniej ważne, brzmi: Co KONKRETNIE będziemy z tego mieli, jeśli nam się uda? Powtarzam - K O N K R E T N I E - więc proszę z łaski swojej nie mówić o honorze, wdzięczności i zaszczytach. Najlepiej jakby podał Pan konkretną sumę. BARDZO KONKRETNĄ. - kolejny szeroki uśmiech powędrował w stronę Teutończyka.

      Phoebus powiedział co miał do powiedzenia, więc rozparł się wygodnie na krześle i czekał na odpowiedź. Jednocześnie kątem oka zobaczył, że jedna z kobiet siedzących przy stole, Loretta, czy jak jej tam było, ma szramę na twarzy. Lubił szramy. Popatrzył więc w jej stronę i kolejny raz oblizał wargi.

      napisane w Życie Teutonii (Úr Teutonienlejb)
      VAT
      VAT