Dworek Wittelsbach
-
Natalia założyła na głowę puszystą, wełnianą czapkę i grube rękawiczki na ręce. Stanęła przed lustrem i obejrzała jeszcze raz swoje odbicie w pięknym kożuszku. Zamrugała oczami kilka razy i uśmiechnęła się do siebie. Właśnie miała wychodzić na umówione spotkanie z Jej Cesarską Mością, ale ten sam strój zamierzała założyć na zbliżający się jarmark. Mogło być zimno w ten zimowy czas, więc musiała zadbać o to, by na dłuższym spacerze nie wyziębiła się. Wprawdzie liczyła na to, że jej osoba towarzysząca ogrzeje ją swoimi gorącymi objęciami. Ale bezpieczny zawsze ubezpieczony. Bo tyle miało dziać się niebawem. Po jarmarku jeszcze wigilia u Alusia. Tyle wydarzeń towarzyskich w jednym czasie.
Ukontentowana pomyślała jeszcze raz o swojej osobie towarzyszącej, gdy skierowała kroki w kozaczkach do drzwi wyjściowych. Zbliżając się do powozu zrobiło jej się gorąco z ekscytacji. Naprawdę przykro by jej było, gdyby została wystawiona do wiatru na Jarmarku. I tak zamierzała dobrze się bawić, nawet, jeśli samej, ale jednak…
Wskoczyła do powozu i wyglądając z okienka zauważyła przejeżdżającego Ludwika Tomovicia. Wychyliła się z okna uradowana tym niecodziennym widokiem w okolicach dworku. Zamachała głośno i krzyknęła:
-- Ludwiku! – zakrzyknęła głośno, aż chmurka gorącego powietrza z jej buzi buchnęła wokoło. – CZEŚĆ! – krzyknęła, machnęła ręką i… ups! Straciła równowagę, nie zdążyła złapać się krawędzi okna i… bum! Wypadła, zanurzając się głową w pobliską, miękką zaspę, z której wystawały tylko dwie, kopiące i szamoczące się nóżki.
-- PANI! – ryknął przerażony stangret Alfred. Czym prędzej pomógł jej wydostać się ze śniegu. Gdy tylko łapiąc ją za biodra wyciągnął ją na powierzchnię, przetoczyli się trochę po śliskim śniegu i usiedli tak, patrząc na siebie. Roześmiali się w głos.
-- Wygląda na to… - mówiła dalej Natalia, próbując nieudolnie wstać z powrotem na nogi. – … że moje starania o wygląd spełzły na niczym. Makijaż się rozpuścił. – zaśmiała się jeszcze raz. Otrzepała pobieżnie ze śniegu i wsiadła z powrotem do powozu. – Jedźmy, Alf!
-
Do dworku na białym osiołku przyjechał nie kto inny, tylko Maciej II, w ręku trzymał gałązkę oliwną, służba rozsypywała przed wierzchowcem drogę z liści palmowych. Nie schodząc z osła, zatrzymał się na eleganckim podjeździe (takim z rondem) i krzyknął pod oknem: "O Natalio! Czy podpiszesz ze mną święty kontrakt zaręczynowy?"
-
Po niedługim, a jakże intensywnym pobycie w Bazylei, bryczka w końcu zajechała przed front dworku. Natalia siedziała w środku pogrążona w myślach. Nawet nie zauważyłaby, że już dojechała na miejsce, gdyby nie to, że Alfred otworzył drzwiczki pojazdu.
-- Pani! Jak wspaniale, że jest Pani z powrotem! – zakrzyknął szczerze ucieszony z jej widoku.
I ona odwzajemniła uśmiech, choć był jeszcze nieobecny. Powrót ze świata myśli zawsze trwał jeszcze chwilę, zanim wracała w pełni do rzeczywistości. Podparta jego ręką wysiadła na zaśnieżony podjazd.
-- Pani Natalio, nie uwierzy Pani, co tu się wyprawiało pod Pani nieobecność. – zaczął Alfred, podążając przed Natalią i otwierając dla niej drzwi wejściowe. – Przybył tu na białym ośle jakiś typiarz z Dreamlandu i zaczął wykrzykiwać jakieś bzdury. Chyba był doszczętnie pijany. – mówił z przejęciem, zdejmując Natalii płaszcz z pleców. – Ale myśmy go przegonili. Psy spuścili i won!
Natalia posłała Alfredowi rozbawione spojrzenie. Uśmiechnęła się nawet szeroko.
-- Kto to był? – zapytała zaciekawiona.
-- Nie mam pojęcia, ale … - zniżył głos i powiedział szeptem. - … przyszedł prosić o rękę Pani, a przecie Pani nie wzięłaby sobie Dreamlandczyka choćby … - szukał dobrego słowa. - …choćby świat na głowie stanął. Bo Pani to przyzwoita kobieta.Natalia znów uśmiechnęła się szeroko.
-- Pani musi sobie wziąć Teutończyka. Jak należy się. Jak tradycja nakazuje.
-- Wojciech był Teutończykiem i co z tego?
-- No, no i co? Zły był? – zapytał Alfred oburzony, bo zawsze lubił swojego dawnego Pana. Razem pijali różne trunki wieczorami.
-- Niby nie. – odparła. – A Nasza Cesarska Mość bierze Baridajczyka.
-- I to DUŻY błąd, Pani Natalio. – znowu zniżył głos. – O nim to nawet i gorsze rzeczy mówią. - pochylił się do ucha Natalii i coś jej wyszeptał, na co ta zaśmiała się już w głos. -
Ludwik ostatnio często przebywał w Teutonii w interesach. Sunąc autostradą myślał o wielu przyjaznych mu miejscach - czy i Dworek Wittelsbach do nich należy? - rozmyślał, zastanawiając się czy złożyć wizytę
-
@ludwik-tomović Gdybym akurat nie pykał fajki z @Ignats-ik-Ruth na biesiadzie, którą nota bene Szanowny Gubernator organizował, to zabrał bym się na przejażdżkę razem z Szanownym i też pewnie bym się zastanawiał czy Jej Wysokość @Natalia-Helena-von-Lichtenstein akurat jest w dworku, czy jej nie ma.
-
Poranny lot z Poddębic do Auterry liniowym RCAirbusem przebiegł spokojnie. Żadnych turbulencji, chcących się spoufalać podróżnych ani nachalnych stewardes. Nie-niepokojony przez nikogo mógł więc trochę odpocząć, a trochę poszerzyć horyzonty, czytając o nowy o technikach tortur w toku śledztwa.
Dochodziła 10 rano, gdy samolot przyziemił na płycie lotniska im. Piotra Artura, po czym dostojnie zakołował do miejsca postoju i ospale zatrzymał się. Vanderlei miał ze sobą jedynie mały bagaż podręczny więc niespiesznie przygotowywał się do opuszczenia pokładu. Nie chciał zresztą rzucać się w oczy. To nie była wizyta oficjalna i wolał pozostać na tyle anonimowy, na ile tylko było to możliwe.
Po kilkunastu minutach stał już przed terminalem przylotów. Wszędzie leżał śnieg i było dosyć mroźnie, cieszył się więc, że uwierzył prognozom i wzial ciepłe ubrania, mimo że kojarzył Auterre raczej z ciepłymi klimatami. 'No cóż, jak widać po secesji klimat wszędzie się zmienił' - pomyślał.
Już zawczasu, planując swoją podróż do Loardii, poczynił pewne starania, by zapewnić sobie na miejscu wszystko, czego potrzebował do realizacji planów.
Włączył telefon i zadzwonił do kontaktu operacyjnego sarmackich służb specjalnych w Teutonii. Tajny Współpracownik o pseudonimie 'Podróżnik' był oddanym oficerem wywiadu, dostarczającym Księstwu cennych informacji i zawsze służącym pomocą, więc Prefekt wiedział, że może na niego liczyć. Nie zmieniało to jednak faktu, iż niektóre z jego życzeń były tym razem dosyć niecodzienne, toteż odetchnął z ulgą, gdy rozmówca zadeklarował, że udało się załatwić wszystko, o co prosił.
Pierwszym na liście życzeń był samochód, który miał już na niego czekać na parkingu pod lotniskiem. Poszedł we wskazane mu miejsce i z zadowoleniem stwierdził, że auto rzeczywiście stało, co więcej prezentowało się znakomicie:
http://img.sarmacja.org/thumbs/550/3Eu19cc6.jpg
Wsiadł za kierownicę. Na siedzeniu pasażera leżał bukiet, czyli jego życzenie numer dwa:
http://img.sarmacja.org/thumbs/550/N4F0B3nB.jpg
'Doskonale' - Podróżnik spisał się naprawdę wzorowo. Vanderlei odpalił silnik, a samochód przyjemnie zamruczał.
Podróż trwała około godziny. Mknął przez ośnieżone stepy Loardii, a czarny mustang musiał w tej scenerii wyglądać, jak mały punkcik pośrodku białego bezkresu.
Gdy dotarł na miejsce było wciąż dosyć wcześnie, dochodziła 11. To dobrze. Miał dzisiaj dużo do zrobienia i potrzebował do tego niemal całego dnia. Wziął kwiaty i ruszył w stronę Dworku Wittelsbach.
Energicznie zapukał do drzwi...
-
Po krótkiej chwili drzwi otworzyła pokojówka w stroju typowym dla swego zawodu. Obejrzała osobę, która stała przed wejściem, od stóp do głów. Potem jej wzrok padł na kwiaty. I na auto, którym przyjechała. Nawet, jeśli coś powiedział, nie zwróciła na to większej uwagi. Odwróciła się i krzyknęła w stronę holu.
-- Panie Alfredzie. Jeszcze jeden z kwiatami. Spuścić psy? – zakrzyknęła.
Wtedy z gabinetu po prawej od wejścia wyłoniła się pośpiesznie Natalia.
-- Alinko, nie! – zakrzyknęła za nią spłoszona.
Spodziewała się, że tego dnia ktoś mógłby ją odwiedzić. Zapowiadał się z wizytą na dniach Ludwik Tomović oraz Pan Michał Potocki wspominał o planach przybycia. Gdy stanęła w progu, zamarła jednak zaskoczona i trochę zmieszana. Podniosła brwi, ale uśmiechnęła się mimowolnie.
-– O… oh. Dzień dobry. Vanderlei. – powiedziała, prostując się i machinalnie gładząc lekko włosy. – Przepraszam za … - rzuciła Alinie gromkie spojrzenie, na którego widok dziewczyna natychmiast podreptała do salonu, by wrócić do swoich obowiązków. - … normalnie nie przepędzamy nikogo psami. – zaśmiała się zakłopotana. – Zresztą moje psy na pewno od razu by cię polubiły!
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
Otworzyła mu służąca. Trochę go to zdziwiło, bo choć wiedział, że Natalia mieszka w okazałym dworze, zupełnie nie spodziewał się służby. Stal więc teraz zaskoczony, w progu, z kwiatami w ręku i z niezbyt mądrą, zdziwioną miną, a drogę zagradzała mu jakaś kobiecina w stroju pokojówki, która coś gderała, może do niego, może nie do niego - tego mówiąc szczerze nie wiedział, bo zupełnie jej nie słuchał wodząc oczami w poszukiwaniu pani domu.
Natalia na szczęście pojawiła się chwilę później, gdy poziom konsternacji był jeszcze stosunkowo nieduży i przegoniła służkę hen do innych spraw. Spojrzał na nią i uśmiechnął się cynicznie:
-- Natalia, dobrze Cię widzieć! Mało brakowało, a nie przeszedłbym selekcji twojego komitetu powitalnego - powiódł wzrokiem w kierunku, w którym podreptała slużaca - Wyjechałaś z Bazylei tak szybko, że nie zdążyliśmy się pożegnać. Sama rozumiesz, że nie mogłem przejść nad tym do porządku dziennego. Postanowiłem więc zrobić Ci niespodziankę i przyjechać. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko. Tym razem nie znalazłem niestety nigdzie żadnego stroika, więc ten bukiet musi stanowić wystarczająco godny ersatz - podniósł kwiaty i udał przepraszającą minę - Mogę wejść?
-
Z każdym kolejnym słowem Vanderleia, na ustach Natalii pojawiał się coraz szerszy, ukontentowany uśmiech. Wzięła kwiaty do rąk, pociągnęła nosem ich słodki zapach, opuszczając powieki skromnie. Trudno jej było już ukryć swoje zadowolenie. Jak niewiele trzeba było, by ją ucieszyć. Kwiaty zamiast stroika!
-- Dziękuję. – odpowiedziała, po czym zbliżyła się do Vanderleia i pocałowała go w policzek. Po tym odsłoniła przejście do środka. Tak, jakby bez kwiatów wstęp był wzbroniony. – Oczywiście zapraszam!
Służba wzięła od Vanderleia płaszcz, dzięki czemu nieskrępowany mógł przejść dalej do dworku, którego wystrój był jasny i pozytywny. Bardzo dziewczęcy. Natalia poprowadziła go w lewo w przestronnego salonu. W kąciku obok białego fortepianu stała dwuosobowa sofka i wygodny, uszaty fotel.
Gospodyni włożyła kwiaty do wazonu na stoliku. Pogładziła je rękami z uczuciem, a potem pstryknęła palcami na lokaja. Nie minęła minuta, a ten wjechał z barkiem i oczekiwał na polecenia. Natalia zasiadła na dwuosobowej sofce, Vanderleiowi pozostawiając wybór swojego miejsca.
-- Czego miałbyś ochotę się napić? – zapytała. Lokaj postawił przed nią kawę i ciasteczka korzenne. – Może jesteś głodny po podróży? Jeśli tak, to zaraz poproszę kuchenną o przygotowanie drugiego śniadania. – powiedziała i czuła wciąż pewną sztywność, więc zdecydowała się rozpocząć jakiś temat. – Właśnie miałam wybrać się do ogrodu ulepić bałwana. Pierwszego w tym sezonie. W Bazylei nie będziesz miał takiej okazji. – zaproponowała, puszczając do niego oczko.
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
Przyjęła od niego kwiaty, po czym cofnęła się, zapraszając go do środka. Zdjął płaszcz. Ubrany był w ciemnogranatową wełnianą marynarkę klubową, kaszmirowy butelkowo-zielony golf oraz popielate tweedowe spodnie ( ). Zdecydowanie za ciepło na przesiadywanie w domu, ale nie przejmował się tym - miał tu przecież spędzić tylko chwilę.
Poszedł za Natalią do salonu i wygodnie rozsiadł się na szerokim, miękkim fotelu. Nie miał zresztą za bardzo wyboru - na małym szezlongu, na którym przycupnęła Pani Domu, z całą pewnością nie dałoby się wygodnie siedzieć we dwoje.
Był głodny, od rana nic nie jadł, więc propozycję gospodyni przyjął z wdzięcznością, mając jednocześnie nadzieję, że nie była kurtuazyjna.
-- Z przyjemnością napiję się kawy, a i strawą nie pogardzę waćpanna! Ostatni posiłek jadłem na lotnisku w Poddębicach i zgłodniałem na tyle, by skusić się na jakowyś loardyjski przysmak! - odparł jowialnie, próbując żartobliwie dostosować się do klimatu dworku.
W ułamku sekund spoważniał jednak. Spiął mięśnie twarzy, wyprostował się na fotelu i przeszył Natalię wzrokiem z grobową miną:
--Tak naprawdę nie zabawię tu długo. I Ty też raczej nie. Nie przyjechałem w odwiedziny. Przyjechałem Cię porwać...Zrobił pauzę. Nastała ciężka, zalegająca, przedłużającą się w nieskończoność cisza. I nagle, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, Vanderlei rozpromienił się i wyszczerzył do Teutonki swoje śnieżnobiałe żeby w szerokim uśmiechu.
-- Dasz się porwać, Moja Droga? - spytał figlarne puszczając do niej oko.
-
Służba nawet nie czekała na rozkaz. Lokaj słysząc rozmowę ruszył do kuchni.
Gdy Vanderlei wspomniał o porwaniu, Natalia uśmiechnęła się zza filiżanki kawy filuternie, rzucając spojrzeniem wyzwanie. Uznała to oczywiście za droczenie się. Gdy jednak zamilkł, przemknęło jej przez głowę, że być może jednak nie żartuje.
-- Ależ oczywiście. – zażartowała, spoglądając na zegarek . – Tylko przed czy po jedzeniu? Nie chcę się spóźnić! – dodała.
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
-- To zależy, na co masz większy apetyt - na obiad czy przygodę. Na pewno jednak po drugim śniadaniu! - to mówiąc Vanderlei wymownie spojrzał w stronę kuchni, gdzie zniknął służący.
-
Natalia uśmiechnęła się pod nosem. Nie powiedziała jednak na głos, na co tak naprawdę miała największą ochotę i o czym pomyślała.
Niebawem okrągły stolik pod oknem został nakryty gustowną zastawą i służba wniosła posiłki. Była to sałatka z wędzonym łososiem i orzeszkami, roladki z ciasta francuskiego oraz lekkie kanapeczki z różnymi pastami.
Natalia zaprowadziła swojego gościa do stołu, gdzie mogli jeszcze porozmawiać przy posiłku.-- Miło mi, że udało ci się koniec końców zawitać w moim dworku. – zaczęła, zbierając się do tego, by jednak przeprowadzić rozmowę na inne tory. – Szkoda, że … - zaczęła, ale wycofała się z tego jednak. – Mam nadzieję, że… - zaczęła znów, ale ponownie nie dokończyła. Zagryzła kanapkę, żeby ukryć skrępowanie. – Gdyby… - powiedziała, opuściła wzrok i kaszlnęła lekko. – Przepraszam. Ciężko myśli mi się przed dwunastą. – wykręciła się. – Jak smakują kanapeczki?
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
Jedzenie, które mu zaserwowano było wyśmienite - smaczne, lekkie, proste, a jednocześnie na swój sposób wykwintne. Natalia musiała zatrudniać doskonałego kucharza - zasłużył na oklaski.
Gdy nasycił głód, wypił jeszcze filiżankę dobrej, mocnej, czarnej kawy, która sprawiła, że krew w jego żyłach zaczęła płynąć szybciej, a jego myśli, dotąd lekko senne, stały się bardzo ostre i poukładane.
Natalia próbowała go zagadywać w trakcie jedzenia, ale wyglądało na to, że sama nie wiedziała, co chce powiedzieć, więc koniec końców wychodziły z tego mało znaczące frazesy i wyświechtane banały.
Gdy skończył kawę, wstał i wyciągnął rękę do Natalii, jakby właśnie prosił ją do tańca.
-- To jak, Moja Pani, da się Pani porwać złemu sarmackiemu rozbójnikowi i popędzić z nim wprost ku nieznanemu? Tylko ubierz się ciepło bo pogoda na dworze nie rozpieszcza!
-
Natalia podała rękę Vanderleiowi i nie ukrywała podekscytowania. Ciekawa była, gdzie zamierza ją zabrać, dlatego postanowiła porzucić swoje zajęcia na ten dzień. Gdy wyszli na korytarz, niemal w podskokach poszła na chwilę w górę schodami do garderoby. Tam wyciągnęła z szafy swój strój narciarski, który łączył ze sobą gustownie oryginalny styl z wygodą, a jednocześnie zapewniał w połączeniu z rękawiczkami i płaskimi kozaczkami dobrą izolację cieplną. W tym stroju gotowa była na wszystko!
Dla pewności zarzuciła jeszcze na siebie okalające klatkę piersiową brązowe futerko z elpingów, gdyby miało się zrobić chłodniej. Do tego futrzana czapka, karta kredytowa i dowód osobisty do kieszeni, smart watch na rękę i była gotowa do drogi. Nie zamierzała zabierać ze sobą telefonu. Po co odbierać telefony na takiej wycieczce, ewentualnie mogła otrzymywać wiadomości tekstowe, które z powodzeniem przychodziły na zegarek.
Powróciła do schodów i z góry z szerokim uśmiechu zaprezentowała się towarzyszowi.
-- Co myślisz? – zapytała, rozkładając ręce szeroko. – Nie powiedziałeś jeszcze, dokąd nas zabierasz, więc nie szłam w przesadną elegancję. – ciągnęła, schodząc w dół. – Zresztą nie posądzam cię o przesadne ą i ę. – dokończyła, stając naprzeciw niemu i patrząc z dołu w jego oczy. Uśmiechała się szeroko. Miałaby nawet ochotę rzucić mu ręce na ramiona. Nie zrobiła tego jednak, nie odważyła się na przesadne spoufalanie.
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
-- Wyglądasz jak prawdziwa królowa śniegu! - Vanderlei był zauroczony strojem Natalii, który wprawdzie odbiegał od klasycznych kanonów elegancji, ale taki modowy eklektyzm w jej wykonaniu bardzo przypadł mu do gustu.
Poczekał aż Teutonka zejdzie ze schodów, po czym pewnym ruchem wziął ją pod rękę i poprowadził w stronę drzwi wyjściowych.
-- Chyba nie sądzisz, że powiem ci, gdzie cię zabieram, prawda? Pamiętaj, że to porwanie, a porywacz przecież nie odsłania kart przez swoim łupem! Na początku chciałem cię nawet związać, ale ostatecznie, musiałem się przyznać sam przed sobą, że jestem zbyt spętany Twoim urokiem, żeby cię niewolić w tak prostacki sposób! Ale jednak to dalej porwanie, a to zobowiązuje do dyskrecji! - puścił do Natalii oko.
Wyszli na zewnątrz. Poprowadził ją do samochodu, otworzył drzwi pasażera i ręką dał znak, że zaprasza do środka. Gdy wsiadła, sam zajął miejsce za kierownicą.
-- To ruszamy! - spojrzał na Natalię i odpalił silnik, który zamruczał jak zbudzony ze snu tygrys.
-- Będzie Ci przeszkadzało jeśli włączę muzykę? - spytał, po czym nie czekając na odpowiedź nacisnął 'play' na samochodowym odtwarzaczu audio. Z głośników zabrzmiał klasyczny utwór.
Vanderlei ruszył z piskiem opon i mknął zaśnieżoną drogą prowadzącą przez sam środek niczego. Zapewne znacznie przekraczajał ograniczenia prędkości, bo na niektórych zakrętach tylna oś wpadała w lekki poślizg i na ułamki sekund samochód stawał.sie bezwładny, ale bardziej go to bawiło niż skłaniało do większej ostrożności. Miał nadzieję, że Natalia się nie boi, ale tak długo, jak nie protestowała, nie miał zamiaru zwalniać ani dopytywać. Grająca muzyka, wszechobecna przesuwająca się za oknem biel i pęd powietrza wprawiały go w rodzaj transu, a fakt, że w każdym momencie coś mogło się stać, że igra z niebezpieczenstwem, tylko dodatkowo go pobudzał.
Po kilkudziesięciu minutach dynamicznej jazdy dotarli na miejsce. Postawił samochód na skraju lasu.
-- Musimy teraz przejść kawałek piechotą. - zwrócił się do swojej towarzyszki.
-
-- Nowatorski z ciebie porywacz. Odchodzisz od utartych schematów. – skomentowała rozbawiona jego komplementami. Zwykle nie była aż tak podatna na pochlebstwa, ale w tym przypadku nawet ją rozbawiły. Wydawały się szczere i brzmiały niebanalnie. – Jeśli nie chcesz powiedzieć, to domyślę się sama. Nie wiem, czy wiesz, ale czasami umiem czytać w myślach. – powiedziała, puszczając do niego oczko.
Bezgranicznie oczarowana dzisiejszym zachowaniem swojego towarzysza, dała poprowadzić się na zewnątrz do auta. Prezentowało się bajecznie. Przed wejściem do środka, potarła ręką fragment maski, jakby to miało dać jej jakieś dodatkowe wrażenia. Potem usiadła wygodnie w skórzanym fotelu pasażera i ze świecącymi oczami oglądała wnętrze.
-- Wygląda doskonale. Jak marzenie. – powiedziała, przyglądając się detalom deski rozdzielczej. – A ten ryk! Melodia dla ucha. – dodała, doceniając brzmienie silnika. Lubiła te niskie tony szybkich, mocnych aut. Gdyby tylko takim samochodem mogła jeździć na wyścigach, a nie jakimś Gaz A od Andrzeja…
A jeździło jeszcze lepiej. Ileż dałaby za to, by móc zasiąść za kierownicą i samemu sprawdzić przyczepność do drogi na zakrętach. Vanderlei jeździł wprawnie, odrobinę zbyt brawurowo, ale dawał wspaniałe wrażenia jazdy, gdy pęd wciskał ich w fotele. Muzyka robiła klimat. Natalia wyglądała za okna uśmiechnięta i czasem posyłała krótkie spojrzenie kierowcy, rozkoszując się chwilą.
Zatrzymali się.
-- Dobrze. – odpowiedziała mu. – Wysiadajmy, ale! – zastrzegła przed wyjściem. – W drodze powrotnej pozwolisz mi poprowadzić, dobrze? – zaproponowała, po czym wysiadła. Zamknęła drzwi auta, pochuchała w rękawiczki, potarła ramiona i już była gotowa do drogi. – Daleko to będzie? – zapytała, dreptając nóżkami w miejscu.
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
-- Niedaleko. Chodźmy. - powiedział krótko Vanderlei i spojrzał na Natalię, po czym wyciągnął do niej rękę i uśmiechał się, gdy ona w mig odczytała jego intencje i w odpowiedzi podała mu swoją dłoń.
Ruszyli w głąb lasu niewielką ścieżką wijącą się wśród wysokich, przyprószonych białym puchem drzew. Krystalicznie czyste, mroźne, powietrze zapewniało doskonały widok na przyrodę pogrążona w zimowym śnie. Śnieg trzeszczał pod ich butami, a zruszone gałązki rozsypywały dookoła mieniący się srebrzysty pył - zimny i orzeźwiający.
Po kilku minutach wyszli na sporą polanę. Vanderlei odetchnął z ulgą, ciesząc się, że dobrze zapamiętał otrzymane instrukcje i trafił w umówione miejsce. Co więcej, już z tej odległości doskonale widział, że 'Podróżnik' kolejny raz sprawił się doskonale.
Na środku polany stały duże drewniane sanie, niezwykle ozdobne, mające kształt złotego lwa. Zaprzęgnięto do nich trzy niewielkie, ale niezwykle krępe loardyjskie konie stepowe, a każdy z nich miał założoną uprząż zdobioną drogimi kamieniami, wstążkami i pawimi piórami. Powoził nimi pachołek siedzący w zagłębieniu znajdującym się w szyi lwa. Ubrany był w złotą liberię, na którą narzucony miał płaszcz z ciemno-zielonego aksamitu, spięty pod szyją złotymi sprzączkami. Na prawej piersi płaszcza dało się zobaczyć wyszywanego zielonego lwa teutońskiego trzymającego w łapach węża, herb Vanderleia.
Widząc idącą parę, woźnica zeskoczył na ziemię jak oparzony i stanął na baczność, kłaniając się im nisko. Vanderlei i Natalia podeszli do sań. W środku wyłożone były futrami dzikich zwierząt oraz fikuśnie haftowanymi narzutami przedstawiającymi sceny z historii Teutonii. Na siedzisku leżał duży, skórzany bukłak z grzanym winem, a obok niego dwa kubki.
Prefekt podał rękę swojej towarzyszce i pomógł jej wejść do środka, po czym sam wskoczył za nią i otulił Natalię jedną z narzut, podszytą sobolim futrem, przedstawiającą scenę z bitwy o Argon Cux. Gdy miał pewność, że jego partnerka nie zmarznie, wziął bukłak i nalał im po pełnym kubku aromatycznego grzańca.
-- Po spacerze trzeba się rozgrzać! Za nas! - wzniósł toast patrząc na Teutonkę.
Potem sam siadł obok niej, okrył się skórą niedźwiedzia i krzyknął na woźnicę:
-- Pal z bata!
Pachołek, który ponownie siedział już w lwiej szyi, zakręcił batem i wystrzelił, a konie zerwały się z miejsca do biegu. Zimne powietrze pędem uderzyło o ich twarze, więc zaniemówili i słychać było tylko świst zmarzłego śniegu pod płozami, parskanie koni, tętent i krzyk woźnicy. Sanie gnały jak wicher. Śnieg migotał, jakby ktoś sypał nań iskry, a stada wron przelatywały przed saniami wśród bezlistnych drzew, kracząc ile sił w ich ptasich płucach.
-- Dobrze Ci? Nie marzniesz? - Vanderlei pochylił się nad Natalią, obejmując ją ręką.
-
Czy to możliwe nasycić wzrok widokiem lasu skąpanego w śnieżnym puchu? Gałęzie drzew bujające nisko od ciężaru śniegu, refleksy światła odbijające się w wszędobylskiej bieli i kłębiące się przy leśnej ścieżce zaspy odwiecznie łaknęły podziwu i niezmiennie go też otrzymywały. To wszystko nie mogło jednak równać się z tym, co chwilę później ujrzeli na leśnej polanie. Misternie wykonane sanie w kształcie złotego lwa zapierały dech w piersiach. Choć zwykle Natalię trudno było czymkolwiek zaskoczyć, w tym momencie oniemiała z zachwytu. Gustowne i unikatowe zdobienia wykonane z kamieni szlachetnych, wstążek i pawich piór tworzyły kompozycję, od której trudno było oderwać wzrok.
Kiedy Vanderlei wyciągnął do niej rękę, a potem otulił narzutą, zorientowała się, jak ulega emocjom i wrażeniom. Wzięła kubek z czerwonym trunkiem, napiła się, a na jej policzkach pojawiły się czerwone rumieńce. Zakręciło jej się w głowie, a na ustach pojawił się płochliwy uśmiech, którym starała się zamaskować zawstydzenie. Już od bardzo dawna nie zdarzyło jej się, by ktokolwiek wywołał u niej to pokrętne uczucie. Przez ostatnie lata nauczyła się trzymać chłodny dystans w każdej sytuacji, dzięki czemu budowała wizerunek silnej, a czasami nawet władczej kobiety. Tymczasem Vanderlei miał czelność w zuchwały sposób przebić się przez jej pancerz i dobierając jej stery.
Wtuliła się w niego wygodnie, obejmując go w pasie. Było jej tak dobrze, że wychylała spod narzutki tylko czubek noska. Aż trudno jej było uwierzyć, że to wszystko dzieje się naprawdę i obawiała się, czy za chwilę nie obudzi się ze snu.
-- Jest wprost doskonale. – odpowiedziała mu, nie chcąc nawet kryć zachwytu w głosie. – Zadałeś sobie tyle trudu z przygotowaniem tego kuligu. Jestem pod wielkim wrażeniem. Dziękuję. - dodała, odsuwając się, by móc na niego spojrzeć.
-
@natalia-helena-von-lichtenstein
Sanie gnały niesione przez niezmordowane loardyjskie konie. Wtem zapadł mrok. Wypadli z rzadkiego i rozświetlonego lasu w ciemny bór - niewzruszony, głuchy, sędziwy i cichy. Drzewa migotając w oczach, zdawały się uciekać gdzieś w tył za nich, a oni lecieli coraz prędzej i prędzej, jak gdyby zaraz mieli wzlecieć w powietrze. Para wtuliła się w siebie, jednocześnie przechylając się lekko w tył i zamykając oczy, by całkowicie oddać się pędowi. Vanderlei czuł, że obejmują go ręce Natalii. Było mu dobrze. Nachylił się do niej i poczuł na swoich wargach jej gorące wargi. Nie protestowała. Nie otwierali oczu, jakby byli pogrążeni we śnie, z którego żadne nie chciało się obudzić. I lecieli, lecieli razem w dal. Byli szczęśliwi.
Senną atmosferę przerwało nagle uderzenie światła. Wypadli z boru na szeroką drogę biegnaca wzdluż wybrzeża. Popołudniowe, późne slońce oświetlało im twarze, a oni gnali mając jednej strony biały bezkres oszniezonych pół, z drugiej szarogranatowy bezkres oceanu.
Vanderlei otworzył oczy i uśmiechnał się do Natalii. Sięgnął po bukłak i dolał jej wina.
-- Niedługo powinniśmy dojechać na miejsce. - powiedział troche do swojej towarzyszki, a trochę do siebie.
Na horyzoncie zobaczyli zarys zabudowań. Cywilizacja z każdą minutą zbliżała się do nich i była coraz wyraźniejsza. Mężczyzna wiedział, że to małe nadmorskie miasteczko, ich cel podróży.
Jechali coraz wolniej. Ostatnie chwile kuligu spędzili patrząc na słońce powoli zniżające się ku tafli morza. Wreszcie sanie zatrzymały się na obrzeżach niewielkiej, urokliwej miejscowości.
Vanderlei wyjął z kieszeni czarna, aksamitną szarfę.
-- Obawiam się, że muszę teraz zasłonić Ci oczy - powiedział do Natalii i nie czekając na zgodę, delikatnie obwiązał wstążkę wokół jej głowy. Gdy skończył i miał pewność, że kobieta nic nie widzi, wziął ją za rękę.
--Zdaj się na mnie. Poprowadzę Cię. - powiedział i ruszyli w głąb miasteczka.