Phoebus był wściekły. Wprawdzie sam zaproponował ten sposób wyboru lidera, ale miał nadzieję, że nie zostanie przydzielony do jednej grupy z tą człekopodobną małpą. Co gorsza, okazało się, że los szykował dla niego jeszcze trudniejszą przeprawę. Do Dworku Arlety mieli jechać na motorze Chwasta. Oznaczało to, że Glyver będzie musiał zdać się na umiejętności prowadzenia pojazdu tego prostaka, któremu nie powierzyłby nawet obrania jabłka w obawie, że ten potnie się na kawałeczki.
Przez chwilę Phoebus rozważał nawet alternatywną opcję... Miał pewien pomysł - zupełnie kuszący i taki, który definitywnie rozwiązywałby problem... Koniec końców uznał jednak, że to jeszcze nie ten czas....
Droga do dworku trwała kilkadziesiąt minut i Glyver wiedział, że jego świadomość wymaże ten czas z jego pamięci tak szybko, jak to tylko możliwe. Wymuszona bliskość drugiego mężczyzny. Jego miarowy oddech wyczuwalny pod palcami. Pęd powietrza zmuszający do wtulenia się w szerokie, małpie plecy. Zapach potu. Koszmar.
Na miejscu zaparkowali w pewnej odległości od celu. Chwast coś mówił. Do tego pluł. Jak lama. Phoebus musiał zrobić uskok żeby lepka, śmierdząca i bezkształtna flegma nie przykleiła się do jego butów.
-Mój plan jest taki. Widzisz te tłumy? Tam nic nie załatwimy. Propozycja-skaczemy przez płot, dostajemy się pod budyenk główny i przeszukujemy po swojemu. W środku nie powinno nikogo być. Pewnie obstawili tylko wjazd. To te pi...y ze straży to i tak żadne zagrożenie. - skończył i czekał na odpowiedź partnera.
Phoebus kiwnął głową.
-- Świetny plan Panie Chwast. Wyborny. Musiał Pan długo nad nim myśleć. Zdecydowanie tak powinien Pan zrobić. Dokładnie jak w jakimś pierdolonym Dżonie Rambo. Jeszcze proszę coś wysadzić dla niepoznaki. Powodzenia życzę.
To powiedziawszy, Glyver odwrócił się od towarzysza i szybkim kokiem ruszył w stronę zaklejonej bramy i gromadzących się wokół niej tłumów. Gdy był już blisko, zaczął krzyczeć na całe gardło, tak by mieć pewność, że wszyscy, w tym strażnicy, go usłyszą:
-- Rozejść się ludzie! Tajny agent Jej Cesarskiej Mości, Phoebus Glyver. Rozejść się! Tu nie ma i nigdy nie było żadnej sensacji! Sprawa jest już rozwiązana, a burmistrz Arleta bezpieczna w ustronnym miejscu! - odczekał chwilę, żeby mieć pewność, że oczy ludzi zwrócą się w jego stronę, po czym kontynuował krzycząc na całe gardło - Była próba zamachu terrorystycznego na Panią Burmistrz ze strony sarmackich fundamentalistów, ale niebezpieczeństwo zostało zażegnane, a sabotażyści wyeliminowani. Pani Bumistrz nic już nie grozi, ale ze względów operacyjnych musi jeszcze na jakiś czas pozostać w ukryciu. Zapewniliśmy jej schronienie i jesteśmy w trakcie upewniania się, że może bezpiecznie wrócić do swoich obowiązków. Trochę cierpliwości. Niedługo sama opowie Wam dokładnie, co zaszło. Teraz jednak rozejść się! Zakończyć to zbiegowisko! Wracajcie do swoich spraw!
Poszedł do strażników:
-- Phoebus Glyver, agent Jej Cesarskiej Mości. Pojebało Was? Jak mogliście dopuścić do tego, żeby zebrał się tu taki tłum? A jakby wśród tych ludzi był kolejny terrorysta i posłał was wszystkich do diabła?! To zupełnie nieprofesjonalne. Dopilnuję żeby informacja o tej impertynencji dotarła do waszych przełożonych i żeby wyciągnięte zostały poważne konsekwencje.
Pauza. Phoebus liczył w głowie do trzech 1..., 2..., 3... po czym kontynuował:
-- Słyszeliście?! Pani Burmistrz jest już bezpieczna. Na szczęści sprawą zajmowali się ludzie kompetentni, a nie takie głąby jak wy, które nie potrafią nawet dopilnować, żeby wokół domu Pani Burmistrz nie zebrało się zbiegowisko.
Znowu liczył. 1...2...3... kontynuował trochę spokojniej, ale zdecydowanie:
-- Arleta von Baumhoff musi jednak pozostać jeszcze jakiś czas w ukryciu. Przysłano mnie po kilka jej rzeczy osobistych. Nie zajmie mi to długo. Jakieś 30 minut. Otworzyć bramę.